Mayah
Stłumiony krzyk, to jedyny dźwięk, jaki wypełniał ciemne, klaustrofobiczne pomieszczenie. Leżałam obolała na zimnej, mokrej posadzce. Czułam jak z mojego poranionego ciała powoli sączyła się krew. Co ja tu robię? Jak się tu znalazłam?
Ponowny, przeszywający wrzask. Słychać było czyjeś głosy, krzyki. Coś mi mówiło, że powinnam sprawdzić o co chodzi. Jak najciszej podniosłam się z podłogi. Przez ból przeszywający moje ciało, dostałam drgawek. Bądź silna, dasz radę.
Wolno podeszłam do ściany i po omacku szukałam drzwi. Delikatnie nacisnęłam klamkę, modląc się, żeby zawiasy nie zaskrzypiały. Jak najciszej wyszłam na korytarz, który oświetlany był jedynie przez małe lampki. Szłam w stronę, z której docierały coraz wyraźniejsze głosy. Na końcu holu zauważyłam wejście do innego pomieszczenia. Przez szparę w uchylonych drzwiach na na korytarz wpadała struga jasnego, oślepiającego światła.
Znowu krzyk. Pewniej podeszłam do framugi i przytknęłam oko do luki. Zauważyłam stojącego do mnie tyłem, dobrze zbudowanego mężczyznę. W ręku trzymał jakiś przedmiot, od którego odbijał się blask księżyca wpadający do pokoju przez wielkie okno naprzeciw wejścia. Postać podniosła dłoń, w której zaciskała rzecz. To nóż.
Osoba odeszła do stolika w drugiej części pomieszczenia, tym samym odsłaniając człowieka przywiązanego do krzesła.
Głowa z burzą loków bezwładnie opadała mu na ramię. Harry.
Co on tu robi? O co w tym wszystkim chodzi?
Mężczyzna wrócił do chłopaka z ostrym narzędziem w ręku.
- Ty jebany pedale. Powinienem cię zabić od razu, póki mam okazję, ale tacy ludzie jak tu nie zasługują na szybką śmierć. Będziesz mnie błagał, żebym z tobą skończył. Będziesz błagał o śmierć, rozumiesz?
Harry milczał. Kat podszedł do niego i przejechał nożem po odkrytym ramieniu loczka, tworząc głębokie nacięcie. Usłyszałam stłumiony szloch chłopaka, roznoszony przez echo praktycznie pustego pomieszczenia. Nie widziałam twarzy Harrego, ale dobrze wiedziałam, że płakał. Jego ciało owładnięte było silnymi drgawkami. Facet uderzał go w twarz wykrzykując obelgi. Czułam jak serce podchodzi mi do gardła. Sukinsyn.
- Za kogo ty się masz? Za kogo się uważasz?- wbiegłam do pokoju i korzystając z tego, że mężczyzna był odwrócony do mnie tyłem, popchnęłam go. Nóż z hukiem upadł na podłogę, ale jedyne co słyszała to szyderczy śmiech brutala. Dopiero wtedy zauważyłam, że ma on na głowie kominiarkę.
- Obudziłaś się księżniczko. Może popatrzysz jak umiera twój przyjaciel?- podszedł do mnie i mocno złapał w pasie, odwracając twarzą w stronę Harrego. Zauważyłam liczne rany na całym ciele chłopaka. Na wpół otwarte powieki ukazywały załzawione oczy. On był ewidentnie skatowany i to przez człowieka, który właśnie mnie trzymał. Świetnie.
Gdy Styles mnie dostrzegł, jego źrenica znacznie się poszerzyły, a po policzkach zaczęły płynąć strugi łez. Usta mu drżały, jakby chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymywał.
- Z-zostaw ją. Masz przecież mnie. O mnie ci c-chodzi.
Był zmęczony do tego stopnia, że wymówienie kilku słów sprawiało mu niesamowitą trudność.
- Spokojnie, dam sobie radę z wami obojgiem. - wysyczał, po czym zaczął mnie ciągnąć w stronę stolika.
Próby ucieczki na nic się nie zdały, a tylko pogorszyły sytuację. Z czasem żelazny uścisk wokół mojego brzucha nie pozwalał mi oddychać. Na szczęście mężczyzna puścił moją talię, aby związać ręce.
- Wypuść ją, proszę. M-masz mnie.- usłyszałam ciche słowa dobiegające zza pleców. Harry coraz bardziej płakał.
- Nie martw się, zabawię się z nią trochę.- słysząc te słowa, miałam ochotę zwymiotować.
Facet zaczął ciągnąć mnie w stronę drzwi. W ostatnim momencie odwróciłam się w stronę chłopaka i bezgłośnie obiecałam, że po niego wrócę. Nie zostawię go tak.
Mężczyzna włożył mi czarny worek na głowę, przez co nie widziałam, gdzie mnie prowadził. Po chwili poczułam zimne powietrze obijające się o moją posiniaczoną skórę. Jesteśmy na dworze.
- Właź.- syknął zniżając mi głowę. Wywnioskowałam, że siedzę w aucie. O dziwo nie czułam strachu, lęku. Byłam pusta. Zupełnie wypruta z emocji. Obchodziło mnie jedynie uwolnienie Harrego. Nawet jeżeli miałabym przez to zginąć.
Po kilku minutach samochód się zatrzymał. Zapanowała komfortowa cisza. Podskoczyłam na siedzeniu, gdy mężczyzna ściągnął mi z głowy worek. Z trudem podniosłam na niego wzrok. Nie miał już na sobie kominiarki.
- Tata?!- oddech znacznie mi przyśpieszył. O ile jeszcze minutę temu wcale się nie bałam, to w tym momencie byłam przerażona. Mój ojciec to człowiek nieobliczany, nigdy nie wiadomo czego można się po nim spodziewać.
Nie znał granic.
- Tęskniłaś za mną?- zaśmiał się wodząc dłońmi po kierownicy. Oczywiście, że nie tęskniłam, jak mogłabym tęsknić za kimś takim?
Poczułam silne uderzenie na prawym policzku.
- Odpowiadaj jak cię o coś pytam!- nie miałam takiego zamiaru, nie będzie mną rządził, nie on.
- Zostaw go w spokoju.- splunęłam gapiąc się tępym wzrokiem w deskę rozdzielczą pojazdu.
- Kogo? Mówisz o tym pedale?- wydał z siebie szyderczy chichot.- Tacy ludzie nie powinni się rodzić. Ich się powinno zabijać. I to właśnie zrobię. Zabiję go, ciebie i każdego, kto wejdzie mi w drogę, kto będzie wam pomagał.
Każdego kto wejdzie mi w drogę. Liam, Louis, Eleanor. My wszyscy jesteśmy w to wplątani.
- Zabawmy się. Masz pięć sekund na ucieczkę i wezwanie pomocy. Pięć sekund, po których zginiesz.
Siedziałam zupełnie osłupiała i sparaliżowana strachem. Nie wiedziałam co robić, każde jego słowo docierało do mnie z niesamowitym opóźnieniem. Panika przejmowała nade mną kontrolę. Pięć sekund życia. Pięć.
- Jeden.- usłyszałam szorstki głos dający do zrozumienia, ze powinnam już dawno uciekać. Nie czekając dłużej, chwyciłam klamkę i otworzyłam drzwi pojazdu wyskakując na trawę. Nawet nie pofatygowałam się ich zamknięciem i może dlatego usłyszałam kolejną cyfrę wypowiadaną przez ojca. Biegłam potykając się o własne nogi. Byłam w jakimś lesie. Uciekanie przed mordercą, mając związane ręce nie należało do najłatwiejszych zadań.
- Trzy!- dobiegł mnie krzyk niesiony przez echo. Znacznie przyśpieszyłam dobiegając ja jakiejś drogi. W oddali zauważyłam przystanek autobusowy i...
Budkę telefoniczną, która automatycznie stała się moim celem.
Dobiegłam do niej i w ekspresowym tempie wybrałam numer Louisa- jedyny numer który znałam na pamięć. Wnioskując po otaczającym mnie mroku był środek nocy, więc bałam się, że nie odbierze.
- Cztery!- jego głos dobiegł mnie równo z pierwszym sygnałem wydanym przez telefon.
- Halo?- usłyszałam znajomy, zaspany pomruk.
- Ratuj Harrego. Znajdź go. Jest w jakimś domu niedaleko lasu. Nasz ojciec go katuje, pomóż mu Lou...- nie zdążyłam dokończyć, bo mężczyzna wyrwał mi słuchawkę z ręki.
- Pięć.- mruknął pod nosem z wielkim uśmiechem na twarzy. Wyjął nóż, śmiejąc się, jakby był obłąkany.
- Kochanie, a teraz zgodnie z umową, skończyły się twoje pięć sekund życia. Po tobie będzie twój przyjaciel, brat, chłopak. Zginą wszyscy- mamrotał podchodząc coraz bliże, na co ja instynktownie cofałam się krok za krokiem, aż plecami dotknęłam budki. To koniec.
- Proszę, zostaw mnie, błagam.- po policzkach płynęły mi strugi łez.
Wiedziałam, że już nic nie mogłam zrobić.
- Halo, May? Jesteś tam? Gdzie jest Harry!- usłyszałam cichy głos wydobywający się zza moich pleców. Dopiero w tym momencie zauważyłam, że słuchawka wisiała luźno, wzdłuż budki, co oznaczało, ze połączenie nie zostało przerwane.
- Lou, ratuj Harrego, jest w domu koło jakiegoś lasu. Ja jestem na dro...
- Dość!- poczułam jak mężczyzna łapie mnie za szyję i dusi.- Zamknij pysk!
Próbowałam wydostać się z uścisku, aby zaczerpnąć choć trochę powietrza, niestety bezskutecznie. Szarpałam się i kopałam, na nic. Poddałam się. Wiedziałam, że to już mój koniec. Brak tlenu spowodował zawroty głowy. Wszystko się kręciło, huczało. Nie wiedział co się działo.
- Widzimy się w piekle.- słowa odbijały się echem w mojej głowie, po czym poczułam przeszywający ból w okolicach klatki piersiowej. To koniec.
Louis
Obudziłem się na łóżku Mayah. Widocznie wczoraj razem zasnęliśmy. Musiałem wstać, bo dziewczyna okropnie się wierciła. Dopiero, gdy na nią spojrzałem zrozumiałem co się działo.
Była rozpalona, spocona i zapłakana. Oczy miała na wpół otwarte, a jej ciałem miotały silne drgawki. Musiała mieć wysoką gorączkę, bo mamrotała jakieś słowa, pozbawione jakiegokolwiek sensu.
Zerwałem się na równe nogi i wybiegłem na korytarz wołając o pomoc. nie czekałem długo na przybycie lekarzy i pielęgniarek.
Wokół łóżka May zgromadził się tłum ludzi, którzy próbowali jej w jakikolwiek sposób pomóc. Wyłapywałem pojedyncze zdania z ich rozmowy. Bardziej przysłuchiwałem się temu, co krzyczała May. Brzmiało to jak 'zostaw mnie, pomocy'. Musiało jej się śnić coś złego, bo z całkiem otwartych już oczu ciągle płynęły łzy.
- Lou, ratuj Harrego!- zupełnie nie wiedziałem o co jej chodzi, przecież Hazza był bezpieczny.
- May, o czym ty mówisz?
- Lou, kochanie, ona śpi. Ma bardzo wysoką gorączkę, więc nie wie co mówi. Otwarte oczy są wynikiem temperatury jej mózgu. Teraz podajemy jej leki uspokajające i przeciwgorączkowe. Powinna zasnąć. Musimy się tylko dowiedzieć, co było powodem gorączki.- tłumaczyła znajoma pielęgniarka.
- To ma związek z tą operacją, prawda?
- Louis, nie możemy dokładnie określić co było przyczyną. Musimy zrobić bada...
- Wiedziałem, że coś spierdolą. Wiedziałem.- mamrocząc wulgaryzmy rzuciłem się z pięściami na na jednego z lekarzy. Nie panowałem nad sobą w jakikolwiek sposób, nie wiedziałem co robię. Natłok wszystkich zdarzeń z ostatnich dni spowodował, że straciłem nad sobą kontrolę.
- Louis, Mayah musi mieć kogoś przy sobie po przebudzeniu, a takim zachowaniem prowokujesz ochronę. Chcesz mieć zakaz wstępu na oddział?- Alison krzyczała odciągając mnie od ratownika medycznego.
Zrezygnowany usiadłem na kanapie i z załzawionymi oczami patrzyłem jak ciało mojej siostry miotało się po całym łóżku. Wychwytywałem tylko urywkowe zdania wypowiadane przez lekarzy.
Dźwięki docierały do mojego mózgu z dziesięciokrotnym opóźnieniem. Wszystko wirowało. Przez ostatni tydzień przespałem może jedną noc. Byłem zupełnie przemęczony.
- Temperatura nadal rośnie!
Co? Przecież mieli jej podać leki przeciwgorączkowe. O co chodzi?
- Adrenalina i morfina, szybko.
Co się tam do chuja dzieje?
Wszystko zasłaniali mi stojący lekarze, więc nie zwracając uwagi na zawroty głowy, postanowiłem podejść bliżej. Wstając z kanapy usłyszałem ogłuszający, przeraźliwie głośny huk. Ktoś strącił stolik z narzędziami.
- Wygięcie kręgosłupa, ma atak tężca! Trzymajcie ją!
Wszyscy zebrali się wokół łóżka, żeby przytrzymać ciało May.
- Gdzie te cholerne pasy?- lekarz wykrzykiwał zdanie po zdaniu, a ja stałem niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Tego było za dużo, nawet jak dla mnie.
- Przewozimy na OIOM!
Nie, błagam, tylko nie OIOM. To tam May trafiała za każdym razem po pobiciu. To tam dwa razy prawie ją straciłem, nie chcę trzeciego.
- Błagam, zróbcie coś! Alison, co się dzieje? Ratujcie ją!- krzyczałem dusząc się łzami. Sam nie wiedziałem w którym momencie się rozpłakałem. Ostatnio dużo płaczę.
- Lou, Mayah ma zaburzenia oddechu i atak tężca, więc musimy ją przewieźć na OIOM. Tam są maszyny podtrzymujące prawidłowy oddech.- Al za wszelką cenę chciała, żebym został w sali, gdy May pojedzie na inny oddział. Ta kobieta oszalała.
- Nic nie da to, że z nią pójdziesz. Będziesz tylko przeszkadzał profesjonalistom, rozumiesz? Jeżeli chcesz, to poczekam z tobą przed salą, dobrze?
Wiedziałem, ze nie wygram, więc ze zrezygnowaniem pokiwałem głową, po czym wyszliśmy, a raczej wybiegliśmy za łóżkiem Mayah.
Usłyszałem, że dziewczyna znowu zaczęła coś mamrotać, więc podbiegłem bliżej.
- Lou, pomóż mi!- kręciła głową i wierciła się na wszystkie strony. Pierwszy raz byłem wdzięczny lekarzom za związanie jej.
- W czym kochanie? Jak ci pomóc?- biegłem zaraz obok łóżka, trzymając ją za rękę.
- Lou, ratuj Harrego!
Znowu o Harrym? Coś mu grozi?
- Ale przed czym May?
Nieznacznie ścisnąłem jej dłoń, żeby dać znak, że jestem tuż przy niej.
- Chłopcze musimy iść.- lekarz dał mi do zrozumienia, że jesteśmy przed OIOM'em.
- Ale ja muszę się dowiedzieć o co...
- Ona nie wie co mówi!- przerwał mi w połowie zdania.
Odpuściłem. Usiadłem z Alison przed oddziałem, patrząc jak zamykają się ciężkie drzwi a za nimi znika Mayah. O czym ona mówiła? Coś grozi Harremu?
- Ratuj go przed tatą, nasz tata go zabije!- usłyszałem stłumiony krzyk sekundę przed trzaskiem zamykanych drzwi.
Ja pierdolę. On wrócił. Wrócił skończyć to co zaczął.
Liam
Wracając od Harrego miałem dziwne przeczucie, że ktoś za mną idzie. Co chwilę się odwracałem i za każdym razem widziałem to samo- ciemność. Dlatego właśnie nienawidziłem chodzić wieczorami. Moja psychika nie działa za dobrze, zwłaszcza po śmierci mamy. Zawsze wydawało mi się, że jest przy mnie, co z jednej strony mnie cieszyło, ale z drugiej przerażało. Wiele razy miałem sytuacje, w których jakiś głos podpowiadał mi co mam robić. O dziwno te decyzje zawsze były dobre.
Jedynie raz zdarzyło mi się, żebym nie posłuchał swojej intuicji. Sprzeciwiłem się gdy podpowiadała mi, żebym nie schodził pomagać nowym sąsiadom, czyli Tomlinosonom. Niczego nie żałuję.
Idąc główną ulicą Wolverhampton poczułem wibracje w kieszeni. Podziękowałem Bogu, że ustawiłem sobie przypomnienie o rodzicach Harrego bo na śmierć bym zapomniał. Ówcześnie jeszcze raz sprawdzając jego adres, ruszyłem w stronę domu loczka. Pięknie, jest ósma, a ja idę do rodziców chłopaka, który sam ledwo mnie zna. Cudowne okoliczności dla poznania.
Zmierzając ku średniej wielkości osiedlu 'tych bogatszych' wymyślałem wymówki, jakimi mogę nakarmić rodziców Hazzy. Nigdy nie umiałem kłamać, prawdopodobnie nigdy się nie nauczę, więc ta sytuacja nie stawia mnie w dogodnej pozycji. Na pewno cię polubią Liam, bądź tego pewien...
Podchodząc do dużej bramy, prowadzącej do żółtego domu, głęboko odetchnąłem i nacisnąłem guzik na domofonie. Nie musiałem długo czekać, na wpuszczenie na posesję. Po chwili na ganek wyszła ciemnowłosa, dosyć młodo wyglądająca, niewysoka kobieta. Sprawiała wrażenie miłej, co znacznie mi pomogło.
- Dzień dobry, ja w sprawie Harrego.- mój głos wydawał się dosyć pewny. Oby tak dalej.
- Przepraszam ale Harrego nie ma w domu od rana. Nie mogę się do niego dodzwonić, może ty spróbujesz?
- Pani mnie źle zrozumiała.- na twarzy kobiety wymalowało się zdziwienie, na co ja delikatnie się uśmiechnąłem- Widzi pani, Harry jest u mnie. Chodzimy do jednej klasy i od rana robiliśmy projekt z um... Fizyki.- Serio Liam, z fizyki? Oh...- Od rana był jakiś niemrawy, rozbolał go brzuch i zasnął u mnie. Bezpieczniej będzie jeżeli już zostanie na noc, dobrze?
- No... Dobrze, nie ma sprawy. Tylko powiedz mu, żeby do mnie zadzwonił, gdy się obudzi.
- Okej, przekażę, dobranoc.- ostatni raz się uśmiechając, wyszedłem z ogródka, podążając w stronę mojej ulicy. W międzyczasie wysłałem chłopakowi SMS-a, z informacją, że przykrywka działa do jutra. Rano musimy wymyślić coś lepszego.
Wchodząc do domu zastałem śpiącego tatę, więc nie chcąc go budzić, od razu poszedłem do swojego pokoju. Natłok myśli i zdarzeń z ostatnich kilku dni przyprawiał mnie o mdłości. Nigdy bym nie pomyślał, że w ciągu praktycznie dwóch dni, znajdę dziewczynę, zaprzyjaźnię się z gejem, a w zasadzie dwoma, May wyląduje w szpitalu pchnięta nożem, a Harry będzie o to posądzony. Co dalej? Na dobrą sprawię nie mieliśmy co zrobić. Styles przecież nie mógł się wiecznie ukrywać, a my biegać do szpitala, na camping i z powrotem. Ktoś by się wreszcie zorientował. Najgorsze było to, że nie mieliśmy żadnego punktu zaczepienia. Tomlinsonowie byli nowi w mieście, praktycznie nikt ich nie znał. Nie zdążyli sobie narobić wrogów, ani nic z tych rzeczy, a po rozmowie z Louisem wywnioskowałem, że w Wolwerhampton byli po raz pierwszy.
W sumie współczułem im. Chcieli się uwolnić od tak wyniszczającego życia, od ojca. Z nadzieją na coś nowego, dostają praktycznie to samo. Tyle, że tu dostali pomoc ode mnie i od Harrego. A w Doncaster? Nie mieli nikogo poza znęcającym się nad nimi tatą. Rówieśnicy odwrócili się od nich zupełnie. Dlaczego? Bo myśleli, że to 'rodzinka z reklamy' a sami Lou i Mayah są rozpieszczonymi, obrzydliwie bogatymi bachorami.
Ale czy my sami nie oceniamy tak innych? Czy my sami nie jesteśmy zaślepieni grubością portfeli naszych znajomych? Patrzymy na wszystko przez pryzmat tego, co inni posiadają. Dlaczego tak jest? Dlaczego dziewczyna bez markowych ubrań jest gorsza od tej, która ubiera się w najdroższych butikach? Dlaczego chłopak, mający najnowszą konsolę jest bardziej szanowany od tego, któremu ledwie starczyło na kupno zwykłego telefonu komórkowego? Otóż jest tak ze względu na ludzki charakter, przyzwyczajenia, ale i stereotypy. Osoba mieszkająca w obskurnej dzielnicy, jest zawsze tej niższej rangi społecznej. Skąd mamy pewność, że ten człowiek nie ma niesamowitego talentu? Że nie potrafi pomóc innym? Często własnie 'ta biedota' ma więcej do zaoferowania niż człowiek z willą nad basenem i czterema samochodami.
Często kieruje nami także zwyczajna, ludzka zazdrość, tak jak przejawiło się to w stosunku do Mayah i Louisa. Nie znając historii innych oceniamy po tym co widzimy. Jednak niestety nasz wzrok widzi tylko 'opakowanie' człowieka, które można wypracować do perfekcji. Śliczne ubrania, uroczy uśmiech- to da się stworzyć. Jednak nasze wnętrze jest niepowtarzalne. Są ludzie, którzy mają niesamowity dar- widzenia tego co jest 'w środku'. Niestety, gdy zauważymy ładną, niebieskooką blondynkę w markowych ubraniach, z cudownym uśmiechem na twarzy wyobrażamy sobie jej szczęśliwą rodzinę, duży dom, wspólne kolacje. Jednak skąd wiemy, że tak jest naprawdę? Może ta własnie urocza dziewczyna wraca do domu i chowa się przed ojcem, żeby jej nie pobił? Może ta właśnie dziewczyna codziennie modli się, żeby jej mama nie zapiła się na śmierć? Może ta właśnie dziewczyna biegnie do domu, bo boi się, że jej brat popełni samobójstwo? Skąd wiesz, co może dziać się w jej wnętrzu? No własnie, nie możesz mieć pewności. Nikt nie może. Ludzie z czasem uczą się perfekcyjnie grać rolę jaką wskaże im życie. Tak własnie rodzą się wielkie gwiazdy filmowe.
- Nie pomyśleliśmy o jego rodzicach.- zastygłem. Liam miał rację. Nie mogliśmy im powiedzieć prawdy, ale też wymyślanie czego innego codziennie nie wchodziło w grę.
- O cholera.
- No własnie, cholera.- parsknął śmiechem mieszając ostatki cieczy wypełniającej kartonowy kubeczek- jak na razie mamy wersję, że robimy u mnie projekt z fizyki, ale pociągniemy na tym maksymalnie dwa dni, bo ile można robić jeden projekt?
- Serio, z fizyki? Nie mogłeś nic lepszego wymyślić?- zaśmiałem się patrząc na równie rozbawionego przyjaciela- a jak wytłumaczyłeś, to, że nie przyjdzie na noc do domu?
- Powiedziałem, że się rozchorował i zasnął. Najważniejsze jest, żeby chociaż telefony odbierał jak będą do niego dzwonić, bo jego mama serio się o niego martwi.- oboje spoważnieliśmy. Współczuje tej kobiecie. To dopiero początek, a ona już ciężko przeżywa.
- Mam pomysł.- Li wyrwał mnie z rozmyśleń machając mi ręką przed twarzą.
- No słucham, słucham.
- Są wakacje tak? Mam taki stary domek nad jeziorem. W sumie niedaleko stąd. Dawno go nie odwiedzałem, więc na pewno przydałby się mały remont. Możemy jej powiedzieć, że skoro mamy wolne, to jedziemy na tydzień odnowić i pobiwakować. Powinno się udać, tylko jest druga sprawa.- Payne podrapał się po karku, a ja dałem znak, że słucham- Musimy go jakoś przemycić do domu.
- Oszalałeś?- prawie podniosłem się z krzesła. Przechadzka Harrego po mieście nie wchodziła w grę, za duże ryzyko.- Stary, to się nie uda, wszędzie krąży policja, co chwile znajdują jakieś tropy i pamiętaj, że to własnie Styles jest głównym podejrzanym.- ton głosu zniżyłem do szeptu, żeby nie wzbudzić niczyich podejrzeń.
- A jak ty to sobie wyobrażasz. Twój syn od dwóch dni nie pokazuje się w domu, a na dodatek bez żadnych rzeczy wyjeżdża na tydzień na biwak. Zastanów się, musimy to jakoś uwiarygodnić.- dobrze wiedziałem, że ma rację. Po prostu nie chciałem nikogo narażać na niepotrzebne niebezpieczeństwo.
- Jak to zrobimy?- niechętnie wymruczałem patrząc na nietkniętą kawę.
- Tym to ja się zajmę. Lepiej powiedz co z Mayah?
- Przenieśli ją wczoraj na OIOM. Miała zaburzenia oddechu i atak tężca, do tego potężną gorączkę. Ale już wszystko dobrze.- pośpieszyłem z wyjaśnieniami, widząc przerażona minę przyjaciela.
- Mogę z nią pogadać?
- Śpi. Dali jej leki nasenne.- leniwie rzuciłem odpowiedź, bo dręczyło mnie co innego. Zastanawiałem się, czy powiedzieć przyjacielowi o tym, co mamrotała May. Bałem się go wplątać w to całe bagno z naszym ojcem. Wystarczało mi, że ja i Mayah musieliśmy to znosić.
- Liam, to mógł być mój ojciec.- mruknąłem, nie patrząc na przyjaciela.
- O czym ty mówisz?- brzmiał, jakby wiedział o co mi chodzi, ale chciał potwierdzenia.
- Dobrze wiesz o czym mówię. Mayah wczoraj, podczas tego ataku krzyczała, że nasz ojciec chce zabić Harrego. Lekarze wmawiali mi, że to przez gorączkę, ale coś może w tym być.
- Louis, nie świruj, to tylko głupi sen. Twój ojciec nawet nie wie gdzie teraz mieszkacie. Daj spokój.- po tonie jego głosu mogłem wywnioskować, że bardziej chce przekonać samego siebie niż mnie.
- Ok, może masz rację. A kto inny to mógł zrobić? Ja nie mam pomysłów.- wbiłem się głębiej w krzesło.
- Ja też nie wiem. Ale zastanów się, mamy jakieś podpowiedzi, cokolwiek? W sumie nic. Weszliśmy już jak Mayah leżała we krwi, tak jak reszta dziewczyn, a Harry trząsł się jak galareta.- skrzywiłem się na wspomnienie tego okropnego widoku.
- Czekaj, czekaj. Czy Styles przypadkiem nie miał noża w ręce?
- No tak, ale na nim będą jedynie jego odciski.- chłopak zupełnie zlekceważył moje pytanie.
- No co ty kurwa nie powiesz. A teraz się zastanów. Tym nożem zaatakowano ludzi, a na nim są odciski palców Harrego. Co na to policja sherlocku?
- O cholera.- oczy Liama znacznie się rozszerzyły. Zrozumiał powagę sytuacji.- A jeżeli on go wyrzucił, a policja znalazła...
- To ma przejebane jednym słowem.- dokończyłem z frustracją w głosie.
- Musimy gdzieś to ukryć, rozumiesz? Inaczej po nas. Wszyscy polecimy.- podkreśliłem ostatnie słowa dając do zrozumienia, że ta sprawa nie może czekać.
- Jak mam się z nim skontaktować, jak on nawet telefonu nie odbiera?
- To do niego kurwa biegnij, mamy jakieś wyjście?- nie musiałem długo czekać na reakcję przyjaciela. Chłopak zerwał się z krzesła i z prędkością światła wybiegł z kawiarni. Oby Harry miał ten nóż.
Wasza zakatarzona Muuertoo ♥
Stłumiony krzyk, to jedyny dźwięk, jaki wypełniał ciemne, klaustrofobiczne pomieszczenie. Leżałam obolała na zimnej, mokrej posadzce. Czułam jak z mojego poranionego ciała powoli sączyła się krew. Co ja tu robię? Jak się tu znalazłam?
Ponowny, przeszywający wrzask. Słychać było czyjeś głosy, krzyki. Coś mi mówiło, że powinnam sprawdzić o co chodzi. Jak najciszej podniosłam się z podłogi. Przez ból przeszywający moje ciało, dostałam drgawek. Bądź silna, dasz radę.
Wolno podeszłam do ściany i po omacku szukałam drzwi. Delikatnie nacisnęłam klamkę, modląc się, żeby zawiasy nie zaskrzypiały. Jak najciszej wyszłam na korytarz, który oświetlany był jedynie przez małe lampki. Szłam w stronę, z której docierały coraz wyraźniejsze głosy. Na końcu holu zauważyłam wejście do innego pomieszczenia. Przez szparę w uchylonych drzwiach na na korytarz wpadała struga jasnego, oślepiającego światła.
Znowu krzyk. Pewniej podeszłam do framugi i przytknęłam oko do luki. Zauważyłam stojącego do mnie tyłem, dobrze zbudowanego mężczyznę. W ręku trzymał jakiś przedmiot, od którego odbijał się blask księżyca wpadający do pokoju przez wielkie okno naprzeciw wejścia. Postać podniosła dłoń, w której zaciskała rzecz. To nóż.
Osoba odeszła do stolika w drugiej części pomieszczenia, tym samym odsłaniając człowieka przywiązanego do krzesła.
Głowa z burzą loków bezwładnie opadała mu na ramię. Harry.
Co on tu robi? O co w tym wszystkim chodzi?
Mężczyzna wrócił do chłopaka z ostrym narzędziem w ręku.
- Ty jebany pedale. Powinienem cię zabić od razu, póki mam okazję, ale tacy ludzie jak tu nie zasługują na szybką śmierć. Będziesz mnie błagał, żebym z tobą skończył. Będziesz błagał o śmierć, rozumiesz?
Harry milczał. Kat podszedł do niego i przejechał nożem po odkrytym ramieniu loczka, tworząc głębokie nacięcie. Usłyszałam stłumiony szloch chłopaka, roznoszony przez echo praktycznie pustego pomieszczenia. Nie widziałam twarzy Harrego, ale dobrze wiedziałam, że płakał. Jego ciało owładnięte było silnymi drgawkami. Facet uderzał go w twarz wykrzykując obelgi. Czułam jak serce podchodzi mi do gardła. Sukinsyn.
- Za kogo ty się masz? Za kogo się uważasz?- wbiegłam do pokoju i korzystając z tego, że mężczyzna był odwrócony do mnie tyłem, popchnęłam go. Nóż z hukiem upadł na podłogę, ale jedyne co słyszała to szyderczy śmiech brutala. Dopiero wtedy zauważyłam, że ma on na głowie kominiarkę.
- Obudziłaś się księżniczko. Może popatrzysz jak umiera twój przyjaciel?- podszedł do mnie i mocno złapał w pasie, odwracając twarzą w stronę Harrego. Zauważyłam liczne rany na całym ciele chłopaka. Na wpół otwarte powieki ukazywały załzawione oczy. On był ewidentnie skatowany i to przez człowieka, który właśnie mnie trzymał. Świetnie.
Gdy Styles mnie dostrzegł, jego źrenica znacznie się poszerzyły, a po policzkach zaczęły płynąć strugi łez. Usta mu drżały, jakby chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymywał.
- Z-zostaw ją. Masz przecież mnie. O mnie ci c-chodzi.
Był zmęczony do tego stopnia, że wymówienie kilku słów sprawiało mu niesamowitą trudność.
- Spokojnie, dam sobie radę z wami obojgiem. - wysyczał, po czym zaczął mnie ciągnąć w stronę stolika.
Próby ucieczki na nic się nie zdały, a tylko pogorszyły sytuację. Z czasem żelazny uścisk wokół mojego brzucha nie pozwalał mi oddychać. Na szczęście mężczyzna puścił moją talię, aby związać ręce.
- Wypuść ją, proszę. M-masz mnie.- usłyszałam ciche słowa dobiegające zza pleców. Harry coraz bardziej płakał.
- Nie martw się, zabawię się z nią trochę.- słysząc te słowa, miałam ochotę zwymiotować.
Facet zaczął ciągnąć mnie w stronę drzwi. W ostatnim momencie odwróciłam się w stronę chłopaka i bezgłośnie obiecałam, że po niego wrócę. Nie zostawię go tak.
Mężczyzna włożył mi czarny worek na głowę, przez co nie widziałam, gdzie mnie prowadził. Po chwili poczułam zimne powietrze obijające się o moją posiniaczoną skórę. Jesteśmy na dworze.
- Właź.- syknął zniżając mi głowę. Wywnioskowałam, że siedzę w aucie. O dziwo nie czułam strachu, lęku. Byłam pusta. Zupełnie wypruta z emocji. Obchodziło mnie jedynie uwolnienie Harrego. Nawet jeżeli miałabym przez to zginąć.
Po kilku minutach samochód się zatrzymał. Zapanowała komfortowa cisza. Podskoczyłam na siedzeniu, gdy mężczyzna ściągnął mi z głowy worek. Z trudem podniosłam na niego wzrok. Nie miał już na sobie kominiarki.
- Tata?!- oddech znacznie mi przyśpieszył. O ile jeszcze minutę temu wcale się nie bałam, to w tym momencie byłam przerażona. Mój ojciec to człowiek nieobliczany, nigdy nie wiadomo czego można się po nim spodziewać.
Nie znał granic.
- Tęskniłaś za mną?- zaśmiał się wodząc dłońmi po kierownicy. Oczywiście, że nie tęskniłam, jak mogłabym tęsknić za kimś takim?
Poczułam silne uderzenie na prawym policzku.
- Odpowiadaj jak cię o coś pytam!- nie miałam takiego zamiaru, nie będzie mną rządził, nie on.
- Zostaw go w spokoju.- splunęłam gapiąc się tępym wzrokiem w deskę rozdzielczą pojazdu.
- Kogo? Mówisz o tym pedale?- wydał z siebie szyderczy chichot.- Tacy ludzie nie powinni się rodzić. Ich się powinno zabijać. I to właśnie zrobię. Zabiję go, ciebie i każdego, kto wejdzie mi w drogę, kto będzie wam pomagał.
Każdego kto wejdzie mi w drogę. Liam, Louis, Eleanor. My wszyscy jesteśmy w to wplątani.
- Zabawmy się. Masz pięć sekund na ucieczkę i wezwanie pomocy. Pięć sekund, po których zginiesz.
Siedziałam zupełnie osłupiała i sparaliżowana strachem. Nie wiedziałam co robić, każde jego słowo docierało do mnie z niesamowitym opóźnieniem. Panika przejmowała nade mną kontrolę. Pięć sekund życia. Pięć.
- Jeden.- usłyszałam szorstki głos dający do zrozumienia, ze powinnam już dawno uciekać. Nie czekając dłużej, chwyciłam klamkę i otworzyłam drzwi pojazdu wyskakując na trawę. Nawet nie pofatygowałam się ich zamknięciem i może dlatego usłyszałam kolejną cyfrę wypowiadaną przez ojca. Biegłam potykając się o własne nogi. Byłam w jakimś lesie. Uciekanie przed mordercą, mając związane ręce nie należało do najłatwiejszych zadań.
- Trzy!- dobiegł mnie krzyk niesiony przez echo. Znacznie przyśpieszyłam dobiegając ja jakiejś drogi. W oddali zauważyłam przystanek autobusowy i...
Budkę telefoniczną, która automatycznie stała się moim celem.
Dobiegłam do niej i w ekspresowym tempie wybrałam numer Louisa- jedyny numer który znałam na pamięć. Wnioskując po otaczającym mnie mroku był środek nocy, więc bałam się, że nie odbierze.
- Cztery!- jego głos dobiegł mnie równo z pierwszym sygnałem wydanym przez telefon.
- Halo?- usłyszałam znajomy, zaspany pomruk.
- Ratuj Harrego. Znajdź go. Jest w jakimś domu niedaleko lasu. Nasz ojciec go katuje, pomóż mu Lou...- nie zdążyłam dokończyć, bo mężczyzna wyrwał mi słuchawkę z ręki.
- Pięć.- mruknął pod nosem z wielkim uśmiechem na twarzy. Wyjął nóż, śmiejąc się, jakby był obłąkany.
- Kochanie, a teraz zgodnie z umową, skończyły się twoje pięć sekund życia. Po tobie będzie twój przyjaciel, brat, chłopak. Zginą wszyscy- mamrotał podchodząc coraz bliże, na co ja instynktownie cofałam się krok za krokiem, aż plecami dotknęłam budki. To koniec.
- Proszę, zostaw mnie, błagam.- po policzkach płynęły mi strugi łez.
Wiedziałam, że już nic nie mogłam zrobić.
- Halo, May? Jesteś tam? Gdzie jest Harry!- usłyszałam cichy głos wydobywający się zza moich pleców. Dopiero w tym momencie zauważyłam, że słuchawka wisiała luźno, wzdłuż budki, co oznaczało, ze połączenie nie zostało przerwane.
- Lou, ratuj Harrego, jest w domu koło jakiegoś lasu. Ja jestem na dro...
- Dość!- poczułam jak mężczyzna łapie mnie za szyję i dusi.- Zamknij pysk!
Próbowałam wydostać się z uścisku, aby zaczerpnąć choć trochę powietrza, niestety bezskutecznie. Szarpałam się i kopałam, na nic. Poddałam się. Wiedziałam, że to już mój koniec. Brak tlenu spowodował zawroty głowy. Wszystko się kręciło, huczało. Nie wiedział co się działo.
- Widzimy się w piekle.- słowa odbijały się echem w mojej głowie, po czym poczułam przeszywający ból w okolicach klatki piersiowej. To koniec.
Louis
Obudziłem się na łóżku Mayah. Widocznie wczoraj razem zasnęliśmy. Musiałem wstać, bo dziewczyna okropnie się wierciła. Dopiero, gdy na nią spojrzałem zrozumiałem co się działo.
Była rozpalona, spocona i zapłakana. Oczy miała na wpół otwarte, a jej ciałem miotały silne drgawki. Musiała mieć wysoką gorączkę, bo mamrotała jakieś słowa, pozbawione jakiegokolwiek sensu.
Zerwałem się na równe nogi i wybiegłem na korytarz wołając o pomoc. nie czekałem długo na przybycie lekarzy i pielęgniarek.
Wokół łóżka May zgromadził się tłum ludzi, którzy próbowali jej w jakikolwiek sposób pomóc. Wyłapywałem pojedyncze zdania z ich rozmowy. Bardziej przysłuchiwałem się temu, co krzyczała May. Brzmiało to jak 'zostaw mnie, pomocy'. Musiało jej się śnić coś złego, bo z całkiem otwartych już oczu ciągle płynęły łzy.
- Lou, ratuj Harrego!- zupełnie nie wiedziałem o co jej chodzi, przecież Hazza był bezpieczny.
- May, o czym ty mówisz?
- Lou, kochanie, ona śpi. Ma bardzo wysoką gorączkę, więc nie wie co mówi. Otwarte oczy są wynikiem temperatury jej mózgu. Teraz podajemy jej leki uspokajające i przeciwgorączkowe. Powinna zasnąć. Musimy się tylko dowiedzieć, co było powodem gorączki.- tłumaczyła znajoma pielęgniarka.
- To ma związek z tą operacją, prawda?
- Louis, nie możemy dokładnie określić co było przyczyną. Musimy zrobić bada...
- Wiedziałem, że coś spierdolą. Wiedziałem.- mamrocząc wulgaryzmy rzuciłem się z pięściami na na jednego z lekarzy. Nie panowałem nad sobą w jakikolwiek sposób, nie wiedziałem co robię. Natłok wszystkich zdarzeń z ostatnich dni spowodował, że straciłem nad sobą kontrolę.
- Louis, Mayah musi mieć kogoś przy sobie po przebudzeniu, a takim zachowaniem prowokujesz ochronę. Chcesz mieć zakaz wstępu na oddział?- Alison krzyczała odciągając mnie od ratownika medycznego.
Zrezygnowany usiadłem na kanapie i z załzawionymi oczami patrzyłem jak ciało mojej siostry miotało się po całym łóżku. Wychwytywałem tylko urywkowe zdania wypowiadane przez lekarzy.
Dźwięki docierały do mojego mózgu z dziesięciokrotnym opóźnieniem. Wszystko wirowało. Przez ostatni tydzień przespałem może jedną noc. Byłem zupełnie przemęczony.
- Temperatura nadal rośnie!
Co? Przecież mieli jej podać leki przeciwgorączkowe. O co chodzi?
- Adrenalina i morfina, szybko.
Co się tam do chuja dzieje?
Wszystko zasłaniali mi stojący lekarze, więc nie zwracając uwagi na zawroty głowy, postanowiłem podejść bliżej. Wstając z kanapy usłyszałem ogłuszający, przeraźliwie głośny huk. Ktoś strącił stolik z narzędziami.
- Wygięcie kręgosłupa, ma atak tężca! Trzymajcie ją!
Wszyscy zebrali się wokół łóżka, żeby przytrzymać ciało May.
- Gdzie te cholerne pasy?- lekarz wykrzykiwał zdanie po zdaniu, a ja stałem niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Tego było za dużo, nawet jak dla mnie.
- Przewozimy na OIOM!
Nie, błagam, tylko nie OIOM. To tam May trafiała za każdym razem po pobiciu. To tam dwa razy prawie ją straciłem, nie chcę trzeciego.
- Błagam, zróbcie coś! Alison, co się dzieje? Ratujcie ją!- krzyczałem dusząc się łzami. Sam nie wiedziałem w którym momencie się rozpłakałem. Ostatnio dużo płaczę.
- Lou, Mayah ma zaburzenia oddechu i atak tężca, więc musimy ją przewieźć na OIOM. Tam są maszyny podtrzymujące prawidłowy oddech.- Al za wszelką cenę chciała, żebym został w sali, gdy May pojedzie na inny oddział. Ta kobieta oszalała.
- Nic nie da to, że z nią pójdziesz. Będziesz tylko przeszkadzał profesjonalistom, rozumiesz? Jeżeli chcesz, to poczekam z tobą przed salą, dobrze?
Wiedziałem, ze nie wygram, więc ze zrezygnowaniem pokiwałem głową, po czym wyszliśmy, a raczej wybiegliśmy za łóżkiem Mayah.
Usłyszałem, że dziewczyna znowu zaczęła coś mamrotać, więc podbiegłem bliżej.
- Lou, pomóż mi!- kręciła głową i wierciła się na wszystkie strony. Pierwszy raz byłem wdzięczny lekarzom za związanie jej.
- W czym kochanie? Jak ci pomóc?- biegłem zaraz obok łóżka, trzymając ją za rękę.
- Lou, ratuj Harrego!
Znowu o Harrym? Coś mu grozi?
- Ale przed czym May?
Nieznacznie ścisnąłem jej dłoń, żeby dać znak, że jestem tuż przy niej.
- Chłopcze musimy iść.- lekarz dał mi do zrozumienia, że jesteśmy przed OIOM'em.
- Ale ja muszę się dowiedzieć o co...
- Ona nie wie co mówi!- przerwał mi w połowie zdania.
Odpuściłem. Usiadłem z Alison przed oddziałem, patrząc jak zamykają się ciężkie drzwi a za nimi znika Mayah. O czym ona mówiła? Coś grozi Harremu?
- Ratuj go przed tatą, nasz tata go zabije!- usłyszałem stłumiony krzyk sekundę przed trzaskiem zamykanych drzwi.
Ja pierdolę. On wrócił. Wrócił skończyć to co zaczął.
Liam
Wracając od Harrego miałem dziwne przeczucie, że ktoś za mną idzie. Co chwilę się odwracałem i za każdym razem widziałem to samo- ciemność. Dlatego właśnie nienawidziłem chodzić wieczorami. Moja psychika nie działa za dobrze, zwłaszcza po śmierci mamy. Zawsze wydawało mi się, że jest przy mnie, co z jednej strony mnie cieszyło, ale z drugiej przerażało. Wiele razy miałem sytuacje, w których jakiś głos podpowiadał mi co mam robić. O dziwno te decyzje zawsze były dobre.
Jedynie raz zdarzyło mi się, żebym nie posłuchał swojej intuicji. Sprzeciwiłem się gdy podpowiadała mi, żebym nie schodził pomagać nowym sąsiadom, czyli Tomlinosonom. Niczego nie żałuję.
Idąc główną ulicą Wolverhampton poczułem wibracje w kieszeni. Podziękowałem Bogu, że ustawiłem sobie przypomnienie o rodzicach Harrego bo na śmierć bym zapomniał. Ówcześnie jeszcze raz sprawdzając jego adres, ruszyłem w stronę domu loczka. Pięknie, jest ósma, a ja idę do rodziców chłopaka, który sam ledwo mnie zna. Cudowne okoliczności dla poznania.
Zmierzając ku średniej wielkości osiedlu 'tych bogatszych' wymyślałem wymówki, jakimi mogę nakarmić rodziców Hazzy. Nigdy nie umiałem kłamać, prawdopodobnie nigdy się nie nauczę, więc ta sytuacja nie stawia mnie w dogodnej pozycji. Na pewno cię polubią Liam, bądź tego pewien...
Podchodząc do dużej bramy, prowadzącej do żółtego domu, głęboko odetchnąłem i nacisnąłem guzik na domofonie. Nie musiałem długo czekać, na wpuszczenie na posesję. Po chwili na ganek wyszła ciemnowłosa, dosyć młodo wyglądająca, niewysoka kobieta. Sprawiała wrażenie miłej, co znacznie mi pomogło.
- Dzień dobry, ja w sprawie Harrego.- mój głos wydawał się dosyć pewny. Oby tak dalej.
- Przepraszam ale Harrego nie ma w domu od rana. Nie mogę się do niego dodzwonić, może ty spróbujesz?
- Pani mnie źle zrozumiała.- na twarzy kobiety wymalowało się zdziwienie, na co ja delikatnie się uśmiechnąłem- Widzi pani, Harry jest u mnie. Chodzimy do jednej klasy i od rana robiliśmy projekt z um... Fizyki.- Serio Liam, z fizyki? Oh...- Od rana był jakiś niemrawy, rozbolał go brzuch i zasnął u mnie. Bezpieczniej będzie jeżeli już zostanie na noc, dobrze?
- No... Dobrze, nie ma sprawy. Tylko powiedz mu, żeby do mnie zadzwonił, gdy się obudzi.
- Okej, przekażę, dobranoc.- ostatni raz się uśmiechając, wyszedłem z ogródka, podążając w stronę mojej ulicy. W międzyczasie wysłałem chłopakowi SMS-a, z informacją, że przykrywka działa do jutra. Rano musimy wymyślić coś lepszego.
Wchodząc do domu zastałem śpiącego tatę, więc nie chcąc go budzić, od razu poszedłem do swojego pokoju. Natłok myśli i zdarzeń z ostatnich kilku dni przyprawiał mnie o mdłości. Nigdy bym nie pomyślał, że w ciągu praktycznie dwóch dni, znajdę dziewczynę, zaprzyjaźnię się z gejem, a w zasadzie dwoma, May wyląduje w szpitalu pchnięta nożem, a Harry będzie o to posądzony. Co dalej? Na dobrą sprawię nie mieliśmy co zrobić. Styles przecież nie mógł się wiecznie ukrywać, a my biegać do szpitala, na camping i z powrotem. Ktoś by się wreszcie zorientował. Najgorsze było to, że nie mieliśmy żadnego punktu zaczepienia. Tomlinsonowie byli nowi w mieście, praktycznie nikt ich nie znał. Nie zdążyli sobie narobić wrogów, ani nic z tych rzeczy, a po rozmowie z Louisem wywnioskowałem, że w Wolwerhampton byli po raz pierwszy.
W sumie współczułem im. Chcieli się uwolnić od tak wyniszczającego życia, od ojca. Z nadzieją na coś nowego, dostają praktycznie to samo. Tyle, że tu dostali pomoc ode mnie i od Harrego. A w Doncaster? Nie mieli nikogo poza znęcającym się nad nimi tatą. Rówieśnicy odwrócili się od nich zupełnie. Dlaczego? Bo myśleli, że to 'rodzinka z reklamy' a sami Lou i Mayah są rozpieszczonymi, obrzydliwie bogatymi bachorami.
Ale czy my sami nie oceniamy tak innych? Czy my sami nie jesteśmy zaślepieni grubością portfeli naszych znajomych? Patrzymy na wszystko przez pryzmat tego, co inni posiadają. Dlaczego tak jest? Dlaczego dziewczyna bez markowych ubrań jest gorsza od tej, która ubiera się w najdroższych butikach? Dlaczego chłopak, mający najnowszą konsolę jest bardziej szanowany od tego, któremu ledwie starczyło na kupno zwykłego telefonu komórkowego? Otóż jest tak ze względu na ludzki charakter, przyzwyczajenia, ale i stereotypy. Osoba mieszkająca w obskurnej dzielnicy, jest zawsze tej niższej rangi społecznej. Skąd mamy pewność, że ten człowiek nie ma niesamowitego talentu? Że nie potrafi pomóc innym? Często własnie 'ta biedota' ma więcej do zaoferowania niż człowiek z willą nad basenem i czterema samochodami.
Często kieruje nami także zwyczajna, ludzka zazdrość, tak jak przejawiło się to w stosunku do Mayah i Louisa. Nie znając historii innych oceniamy po tym co widzimy. Jednak niestety nasz wzrok widzi tylko 'opakowanie' człowieka, które można wypracować do perfekcji. Śliczne ubrania, uroczy uśmiech- to da się stworzyć. Jednak nasze wnętrze jest niepowtarzalne. Są ludzie, którzy mają niesamowity dar- widzenia tego co jest 'w środku'. Niestety, gdy zauważymy ładną, niebieskooką blondynkę w markowych ubraniach, z cudownym uśmiechem na twarzy wyobrażamy sobie jej szczęśliwą rodzinę, duży dom, wspólne kolacje. Jednak skąd wiemy, że tak jest naprawdę? Może ta własnie urocza dziewczyna wraca do domu i chowa się przed ojcem, żeby jej nie pobił? Może ta właśnie dziewczyna codziennie modli się, żeby jej mama nie zapiła się na śmierć? Może ta właśnie dziewczyna biegnie do domu, bo boi się, że jej brat popełni samobójstwo? Skąd wiesz, co może dziać się w jej wnętrzu? No własnie, nie możesz mieć pewności. Nikt nie może. Ludzie z czasem uczą się perfekcyjnie grać rolę jaką wskaże im życie. Tak własnie rodzą się wielkie gwiazdy filmowe.
Louis
Nad ranem obudziłem się w takiej samej pozycji jak zasnąłem- siedząc na krześle. Ból w całym moim ciele był niemiłosierny, a ja modliłem się jedynie o powrót do domu, ale nie mogłem sobie na to pozwolić dopóki May była w szpitalu. Poprzedniego dnia zadzwoniłem do mamy i wyjaśniłem całą sytuację. Obiecała porozmawiać z lekarzami i załatwić mi wstęp na oddział. Najbardziej martwili mnie jednak Harrry. Liam miał wczoraj do mnie zadzwonić, albo chociaż wysłać wiadomość, czy wszystko ok. Nie odbierał telefonów, na SMS-y też nie odpisywał. Z pewnością ma zapełnioną skrzynkę.
W porze obiadowej Alison przyszła mi powiedzieć, że stan Mayah znacznie się poprawił, ale podali jej leki nasenne i kilka następnych godzin spędzi śpiąc. Pozwolili mi na chwilę się z nią zobaczyć. Nie wyglądała już tak źle jak wczoraj. Skóra przybrała różowy kolor, a oczy były spokojnie zamknięte. Przez co najmniej pół godziny opowiadałem jej o wszystkim co się stało, mając świadomość, że mnie słyszy. Nic nie wspominałem o jej krzykach. Chciałem o tym porozmawiać, jak będzie już w pełni świadoma tego co mówi. Wyproszony z sali przez młodą pielęgniarkę, zszedłem do kawiarni, gdzie o dziwo zastałem Liama, pijącego kawę.
- Siema stary, czekałem na ciebie.- uśmiechnął się dając mi głową znak żebym usiadł obok.
- Payne, czy ciebie już do reszty pojebało?- krzyknąłem trochę głośniej niż powinienem, sprowadzając na siebie leniwe spojrzenia pozostałych klientów.
- Ta uspokój się! O co ci chodzi?
- O co mi chodzi? Czekałem na jebany telefon, albo chociaż SMS do drugiej w nocy, ale co tam, prawda?- z naburmuszona miną usiadłem obok przyjaciela.
- I o to się tak rzucasz? Wszystko ok, Harry zaprowadzony za rączkę do domu, zamknięty na trzy spusty, tylko, że teraz mamy inny problem.
- Zaskocz mnie.- przewracając oczami skinąłem na kelnerkę i zamówiłem małą kawę. Byłem wykończony. - Nie pomyśleliśmy o jego rodzicach.- zastygłem. Liam miał rację. Nie mogliśmy im powiedzieć prawdy, ale też wymyślanie czego innego codziennie nie wchodziło w grę.
- O cholera.
- No własnie, cholera.- parsknął śmiechem mieszając ostatki cieczy wypełniającej kartonowy kubeczek- jak na razie mamy wersję, że robimy u mnie projekt z fizyki, ale pociągniemy na tym maksymalnie dwa dni, bo ile można robić jeden projekt?
- Serio, z fizyki? Nie mogłeś nic lepszego wymyślić?- zaśmiałem się patrząc na równie rozbawionego przyjaciela- a jak wytłumaczyłeś, to, że nie przyjdzie na noc do domu?
- Powiedziałem, że się rozchorował i zasnął. Najważniejsze jest, żeby chociaż telefony odbierał jak będą do niego dzwonić, bo jego mama serio się o niego martwi.- oboje spoważnieliśmy. Współczuje tej kobiecie. To dopiero początek, a ona już ciężko przeżywa.
- Mam pomysł.- Li wyrwał mnie z rozmyśleń machając mi ręką przed twarzą.
- No słucham, słucham.
- Są wakacje tak? Mam taki stary domek nad jeziorem. W sumie niedaleko stąd. Dawno go nie odwiedzałem, więc na pewno przydałby się mały remont. Możemy jej powiedzieć, że skoro mamy wolne, to jedziemy na tydzień odnowić i pobiwakować. Powinno się udać, tylko jest druga sprawa.- Payne podrapał się po karku, a ja dałem znak, że słucham- Musimy go jakoś przemycić do domu.
- Oszalałeś?- prawie podniosłem się z krzesła. Przechadzka Harrego po mieście nie wchodziła w grę, za duże ryzyko.- Stary, to się nie uda, wszędzie krąży policja, co chwile znajdują jakieś tropy i pamiętaj, że to własnie Styles jest głównym podejrzanym.- ton głosu zniżyłem do szeptu, żeby nie wzbudzić niczyich podejrzeń.
- A jak ty to sobie wyobrażasz. Twój syn od dwóch dni nie pokazuje się w domu, a na dodatek bez żadnych rzeczy wyjeżdża na tydzień na biwak. Zastanów się, musimy to jakoś uwiarygodnić.- dobrze wiedziałem, że ma rację. Po prostu nie chciałem nikogo narażać na niepotrzebne niebezpieczeństwo.
- Jak to zrobimy?- niechętnie wymruczałem patrząc na nietkniętą kawę.
- Tym to ja się zajmę. Lepiej powiedz co z Mayah?
- Przenieśli ją wczoraj na OIOM. Miała zaburzenia oddechu i atak tężca, do tego potężną gorączkę. Ale już wszystko dobrze.- pośpieszyłem z wyjaśnieniami, widząc przerażona minę przyjaciela.
- Mogę z nią pogadać?
- Śpi. Dali jej leki nasenne.- leniwie rzuciłem odpowiedź, bo dręczyło mnie co innego. Zastanawiałem się, czy powiedzieć przyjacielowi o tym, co mamrotała May. Bałem się go wplątać w to całe bagno z naszym ojcem. Wystarczało mi, że ja i Mayah musieliśmy to znosić.
- Liam, to mógł być mój ojciec.- mruknąłem, nie patrząc na przyjaciela.
- O czym ty mówisz?- brzmiał, jakby wiedział o co mi chodzi, ale chciał potwierdzenia.
- Dobrze wiesz o czym mówię. Mayah wczoraj, podczas tego ataku krzyczała, że nasz ojciec chce zabić Harrego. Lekarze wmawiali mi, że to przez gorączkę, ale coś może w tym być.
- Louis, nie świruj, to tylko głupi sen. Twój ojciec nawet nie wie gdzie teraz mieszkacie. Daj spokój.- po tonie jego głosu mogłem wywnioskować, że bardziej chce przekonać samego siebie niż mnie.
- Ok, może masz rację. A kto inny to mógł zrobić? Ja nie mam pomysłów.- wbiłem się głębiej w krzesło.
- Ja też nie wiem. Ale zastanów się, mamy jakieś podpowiedzi, cokolwiek? W sumie nic. Weszliśmy już jak Mayah leżała we krwi, tak jak reszta dziewczyn, a Harry trząsł się jak galareta.- skrzywiłem się na wspomnienie tego okropnego widoku.
- Czekaj, czekaj. Czy Styles przypadkiem nie miał noża w ręce?
- No tak, ale na nim będą jedynie jego odciski.- chłopak zupełnie zlekceważył moje pytanie.
- No co ty kurwa nie powiesz. A teraz się zastanów. Tym nożem zaatakowano ludzi, a na nim są odciski palców Harrego. Co na to policja sherlocku?
- O cholera.- oczy Liama znacznie się rozszerzyły. Zrozumiał powagę sytuacji.- A jeżeli on go wyrzucił, a policja znalazła...
- To ma przejebane jednym słowem.- dokończyłem z frustracją w głosie.
- Musimy gdzieś to ukryć, rozumiesz? Inaczej po nas. Wszyscy polecimy.- podkreśliłem ostatnie słowa dając do zrozumienia, że ta sprawa nie może czekać.
- Jak mam się z nim skontaktować, jak on nawet telefonu nie odbiera?
- To do niego kurwa biegnij, mamy jakieś wyjście?- nie musiałem długo czekać na reakcję przyjaciela. Chłopak zerwał się z krzesła i z prędkością światła wybiegł z kawiarni. Oby Harry miał ten nóż.
Okay, no to ten, dacie się jakoś przekupić?
Zaczęła się szkoła, więc masa obowiązków. Mam serio mało czasu, a ten rozdział udało mi się napisać tylko dlatego, że jestem chora i piszę z 39 stopniową gorączką od dwóch dni. Przepraszam, za tak długą przerwę, ale serio nie miałam jak napisać. Ten rozdział jest taki... Nijaki. Ale z takim bólem głowy nie wymyślę nic lepszego. Zrozumcie mnie, proszę Was ♥
Teraz mam sprawę, jeżeli podczas czytania wyłapiecie jakieś błędy, literówki czy coś, to mi napiszcie w jakim słowie i gdzie mniej-więcej to jest. Nie mam siły sprawdzać, a Wy możecie mi w tym pomóc :)
Błagam, wysilcie się chociaż na te 5 komentarzy z oceną FF. To nie jest dużo, maksymalnie minuta. Nie chodzi mi o rozpisywanie się na pół strony, tylko o kilka zwięzłych zdań, ok? Jeżeli Wam się podoba, czytacie od początku, lub dopiero zaczynacie, napiszcie jakie macie wrażenia. ♥
Z GÓRY BARDZO, BARDZO, BARDZO DZIĘKUJĘ ♥
<rozdział dedykowany Paulince i Martynce, kocham was miśki x>
