środa, 25 września 2013

*ROZDZIAŁ 8*

   Mayah

  Stłumiony krzyk, to jedyny dźwięk, jaki wypełniał ciemne, klaustrofobiczne pomieszczenie. Leżałam obolała na zimnej, mokrej posadzce. Czułam jak z mojego poranionego ciała powoli sączyła się krew. Co ja tu robię? Jak się tu znalazłam? 
Ponowny, przeszywający wrzask. Słychać było czyjeś głosy, krzyki. Coś mi mówiło, że powinnam sprawdzić o co chodzi. Jak najciszej podniosłam się z podłogi. Przez ból przeszywający moje ciało, dostałam drgawek. Bądź silna, dasz radę. 
Wolno podeszłam do ściany i po omacku szukałam drzwi. Delikatnie nacisnęłam klamkę, modląc się, żeby zawiasy nie zaskrzypiały. Jak najciszej wyszłam na korytarz, który oświetlany był jedynie przez małe lampki. Szłam w stronę, z której docierały coraz wyraźniejsze głosy. Na końcu holu zauważyłam wejście do innego pomieszczenia. Przez szparę w uchylonych drzwiach na na korytarz wpadała struga jasnego, oślepiającego światła. 
Znowu krzyk. Pewniej podeszłam do framugi i przytknęłam oko do luki. Zauważyłam stojącego do mnie tyłem, dobrze zbudowanego mężczyznę. W ręku trzymał jakiś przedmiot, od którego odbijał się blask księżyca wpadający do pokoju przez wielkie okno naprzeciw wejścia. Postać podniosła dłoń, w której zaciskała rzecz. To nóż. 
Osoba odeszła do stolika w drugiej części pomieszczenia, tym samym odsłaniając człowieka przywiązanego do krzesła. 
Głowa z burzą loków bezwładnie opadała mu na ramię. Harry. 
Co on tu robi? O co w tym  wszystkim chodzi? 
Mężczyzna wrócił do chłopaka z ostrym narzędziem w ręku. 
- Ty jebany pedale. Powinienem cię zabić od razu, póki mam okazję, ale tacy ludzie jak tu nie zasługują na szybką śmierć. Będziesz mnie błagał, żebym z tobą skończył. Będziesz błagał o śmierć, rozumiesz? 
Harry milczał. Kat podszedł do niego i przejechał nożem po odkrytym ramieniu loczka, tworząc głębokie nacięcie. Usłyszałam stłumiony szloch chłopaka, roznoszony przez echo praktycznie pustego pomieszczenia. Nie widziałam twarzy Harrego, ale dobrze wiedziałam, że płakał. Jego ciało owładnięte było silnymi drgawkami. Facet uderzał go w twarz wykrzykując obelgi. Czułam jak serce podchodzi mi do gardła. Sukinsyn. 
- Za kogo ty się masz? Za kogo się uważasz?- wbiegłam do pokoju i korzystając z tego, że mężczyzna był odwrócony do mnie tyłem, popchnęłam go. Nóż z hukiem upadł na podłogę, ale jedyne co słyszała to szyderczy śmiech brutala. Dopiero wtedy zauważyłam, że ma on na głowie kominiarkę.
- Obudziłaś się księżniczko. Może popatrzysz jak umiera twój przyjaciel?- podszedł do mnie i mocno złapał w pasie, odwracając twarzą w stronę Harrego. Zauważyłam liczne rany na całym ciele chłopaka. Na wpół otwarte powieki ukazywały załzawione oczy. On był ewidentnie skatowany i to przez człowieka, który właśnie mnie trzymał. Świetnie.
Gdy Styles mnie dostrzegł, jego źrenica znacznie się poszerzyły, a po policzkach zaczęły płynąć strugi łez. Usta mu drżały, jakby chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymywał. 
- Z-zostaw ją. Masz przecież mnie. O mnie ci c-chodzi.
Był zmęczony do tego stopnia, że wymówienie kilku słów sprawiało mu niesamowitą trudność. 
- Spokojnie, dam sobie radę z wami obojgiem. - wysyczał, po czym zaczął mnie ciągnąć w stronę stolika. 
Próby ucieczki na nic się nie zdały, a tylko pogorszyły sytuację. Z czasem żelazny uścisk wokół mojego brzucha nie pozwalał mi oddychać. Na szczęście mężczyzna puścił moją talię, aby związać ręce. 
- Wypuść ją, proszę. M-masz mnie.- usłyszałam ciche słowa dobiegające zza pleców. Harry coraz bardziej płakał. 
- Nie martw się, zabawię się z nią trochę.- słysząc te słowa, miałam ochotę zwymiotować.
Facet zaczął ciągnąć mnie w stronę drzwi. W ostatnim momencie odwróciłam się w stronę chłopaka i bezgłośnie obiecałam, że po niego wrócę. Nie zostawię go tak.
   Mężczyzna włożył mi czarny worek na głowę, przez co nie widziałam, gdzie mnie prowadził. Po chwili poczułam zimne powietrze obijające się o moją posiniaczoną skórę. Jesteśmy na dworze. 
- Właź.- syknął zniżając mi głowę. Wywnioskowałam, że siedzę w aucie. O dziwo nie czułam strachu, lęku. Byłam pusta. Zupełnie wypruta z emocji. Obchodziło mnie jedynie uwolnienie Harrego. Nawet jeżeli miałabym przez to zginąć. 
Po kilku minutach samochód się zatrzymał. Zapanowała komfortowa cisza. Podskoczyłam na siedzeniu, gdy mężczyzna ściągnął mi z głowy worek. Z trudem podniosłam na niego wzrok. Nie miał już na sobie kominiarki.
- Tata?!- oddech znacznie mi przyśpieszył. O ile jeszcze minutę temu wcale się nie bałam, to w tym momencie byłam przerażona. Mój ojciec to człowiek nieobliczany, nigdy nie wiadomo czego można się po nim spodziewać. 
Nie znał granic. 
- Tęskniłaś za mną?- zaśmiał się wodząc dłońmi po kierownicy. Oczywiście, że nie tęskniłam, jak mogłabym tęsknić za kimś takim? 
Poczułam silne uderzenie na prawym policzku. 
- Odpowiadaj jak cię o coś pytam!- nie miałam takiego zamiaru, nie będzie mną rządził, nie on. 
- Zostaw go w spokoju.- splunęłam gapiąc się tępym wzrokiem w deskę rozdzielczą pojazdu. 
- Kogo? Mówisz o tym pedale?- wydał z siebie szyderczy chichot.- Tacy ludzie nie powinni się rodzić. Ich się powinno zabijać. I to właśnie zrobię. Zabiję go, ciebie i każdego, kto wejdzie mi w drogę, kto będzie wam pomagał.
Każdego kto wejdzie mi w drogę. Liam, Louis, Eleanor. My wszyscy jesteśmy w to wplątani. 
- Zabawmy się. Masz pięć sekund na ucieczkę i wezwanie pomocy. Pięć sekund, po których zginiesz. 
Siedziałam zupełnie osłupiała i sparaliżowana strachem. Nie wiedziałam co robić, każde jego słowo docierało do mnie z niesamowitym opóźnieniem. Panika przejmowała nade mną kontrolę. Pięć sekund życia. Pięć. 
- Jeden.- usłyszałam szorstki głos dający do zrozumienia, ze powinnam już dawno uciekać. Nie czekając dłużej, chwyciłam klamkę i otworzyłam drzwi pojazdu wyskakując na trawę. Nawet nie pofatygowałam się ich zamknięciem i może dlatego usłyszałam kolejną cyfrę wypowiadaną przez ojca. Biegłam potykając się o własne nogi. Byłam w jakimś lesie. Uciekanie przed mordercą, mając związane ręce nie należało do najłatwiejszych zadań.
- Trzy!- dobiegł mnie krzyk niesiony przez echo. Znacznie przyśpieszyłam dobiegając ja jakiejś drogi. W oddali zauważyłam przystanek autobusowy i...
Budkę telefoniczną, która automatycznie stała się moim celem. 
Dobiegłam do niej i w ekspresowym tempie wybrałam numer Louisa- jedyny numer który znałam na pamięć. Wnioskując po otaczającym mnie mroku był środek nocy, więc bałam się, że nie odbierze. 
- Cztery!- jego głos dobiegł mnie równo z pierwszym sygnałem wydanym przez telefon. 
- Halo?- usłyszałam znajomy, zaspany pomruk.
- Ratuj Harrego. Znajdź go. Jest w jakimś domu niedaleko lasu. Nasz ojciec go katuje, pomóż mu Lou...- nie zdążyłam dokończyć, bo mężczyzna wyrwał mi słuchawkę z ręki. 
- Pięć.- mruknął pod nosem z wielkim uśmiechem na twarzy. Wyjął nóż, śmiejąc się, jakby był obłąkany. 
- Kochanie, a teraz zgodnie z umową, skończyły się twoje pięć sekund życia. Po tobie będzie twój przyjaciel, brat, chłopak. Zginą wszyscy- mamrotał podchodząc coraz bliże, na co ja instynktownie cofałam się krok za krokiem, aż plecami dotknęłam budki. To koniec.
- Proszę, zostaw mnie, błagam.- po policzkach płynęły mi strugi łez. 
Wiedziałam, że już nic nie mogłam zrobić. 
- Halo, May? Jesteś tam? Gdzie jest Harry!- usłyszałam cichy głos wydobywający się zza moich pleców. Dopiero w tym momencie zauważyłam, że słuchawka wisiała luźno, wzdłuż budki, co oznaczało, ze połączenie nie zostało przerwane. 
- Lou, ratuj Harrego, jest w domu koło jakiegoś lasu. Ja jestem na dro...
- Dość!- poczułam jak mężczyzna łapie mnie za szyję i dusi.- Zamknij pysk!
Próbowałam wydostać się z uścisku, aby zaczerpnąć choć trochę powietrza, niestety bezskutecznie. Szarpałam się i kopałam, na nic. Poddałam się. Wiedziałam, że to już mój koniec. Brak tlenu spowodował zawroty głowy. Wszystko się kręciło, huczało. Nie wiedział co się działo.
- Widzimy się w piekle.- słowa odbijały się echem w mojej głowie, po czym poczułam przeszywający ból w okolicach klatki piersiowej. To koniec.

   Louis

   Obudziłem się na łóżku Mayah. Widocznie wczoraj razem zasnęliśmy. Musiałem wstać, bo dziewczyna okropnie się wierciła. Dopiero, gdy na nią spojrzałem zrozumiałem co się działo. 
Była rozpalona, spocona i zapłakana. Oczy miała na wpół otwarte, a jej ciałem miotały silne drgawki. Musiała mieć wysoką gorączkę, bo mamrotała jakieś słowa, pozbawione jakiegokolwiek sensu.
Zerwałem się na równe nogi i wybiegłem na korytarz wołając o pomoc. nie czekałem długo na przybycie lekarzy i pielęgniarek. 
Wokół łóżka May zgromadził się tłum ludzi, którzy próbowali jej w jakikolwiek sposób pomóc. Wyłapywałem pojedyncze zdania z ich rozmowy. Bardziej przysłuchiwałem się temu, co krzyczała May. Brzmiało to jak 'zostaw mnie, pomocy'. Musiało jej się śnić coś złego, bo z całkiem otwartych już oczu ciągle płynęły łzy. 
- Lou, ratuj Harrego!- zupełnie nie wiedziałem o co jej chodzi, przecież Hazza był bezpieczny. 
- May, o czym ty mówisz? 
- Lou, kochanie, ona śpi. Ma bardzo wysoką gorączkę, więc nie wie co mówi. Otwarte oczy są wynikiem temperatury jej mózgu. Teraz podajemy jej leki uspokajające i przeciwgorączkowe. Powinna zasnąć. Musimy się tylko dowiedzieć, co było powodem gorączki.- tłumaczyła znajoma pielęgniarka. 
- To ma związek z tą operacją, prawda?
- Louis, nie możemy dokładnie określić co było przyczyną. Musimy zrobić bada...
- Wiedziałem, że coś spierdolą. Wiedziałem.- mamrocząc wulgaryzmy rzuciłem się z pięściami na na jednego z lekarzy. Nie panowałem nad sobą w jakikolwiek sposób, nie wiedziałem co robię. Natłok wszystkich zdarzeń z ostatnich dni spowodował, że straciłem nad sobą kontrolę. 
- Louis, Mayah musi mieć kogoś przy sobie po przebudzeniu, a takim zachowaniem prowokujesz ochronę. Chcesz mieć zakaz wstępu na oddział?- Alison krzyczała odciągając mnie od ratownika medycznego.
   Zrezygnowany usiadłem na kanapie i z załzawionymi oczami patrzyłem jak ciało mojej siostry miotało się po całym łóżku. Wychwytywałem tylko urywkowe zdania wypowiadane przez lekarzy.
Dźwięki docierały do mojego mózgu z dziesięciokrotnym opóźnieniem. Wszystko wirowało. Przez ostatni tydzień przespałem może jedną noc. Byłem zupełnie przemęczony.
- Temperatura nadal rośnie!
Co? Przecież mieli jej podać leki przeciwgorączkowe. O co chodzi?
- Adrenalina i morfina, szybko.
Co się tam do chuja dzieje? 
   Wszystko zasłaniali mi stojący lekarze, więc nie zwracając uwagi na zawroty głowy, postanowiłem podejść bliżej. Wstając z kanapy usłyszałem ogłuszający, przeraźliwie głośny huk. Ktoś strącił stolik z narzędziami. 
- Wygięcie kręgosłupa, ma atak tężca! Trzymajcie ją!
Wszyscy zebrali się wokół łóżka, żeby przytrzymać ciało May.
- Gdzie te cholerne pasy?- lekarz wykrzykiwał zdanie po zdaniu, a ja stałem niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Tego było za dużo, nawet jak dla mnie.
- Przewozimy na OIOM!
Nie, błagam, tylko nie OIOM. To tam May trafiała za każdym razem po pobiciu. To tam dwa razy prawie ją straciłem, nie chcę trzeciego.
- Błagam, zróbcie coś! Alison, co się dzieje? Ratujcie ją!- krzyczałem dusząc się łzami. Sam nie wiedziałem w którym momencie się rozpłakałem. Ostatnio dużo płaczę. 
- Lou, Mayah ma zaburzenia oddechu i atak tężca, więc musimy ją przewieźć na OIOM. Tam są maszyny podtrzymujące prawidłowy oddech.- Al za wszelką cenę chciała, żebym został w sali, gdy May pojedzie na inny oddział. Ta kobieta oszalała. 
- Nic nie da to, że z nią pójdziesz. Będziesz tylko przeszkadzał profesjonalistom, rozumiesz? Jeżeli chcesz, to poczekam z tobą przed salą, dobrze? 
Wiedziałem, ze nie wygram, więc ze zrezygnowaniem pokiwałem głową, po czym wyszliśmy, a raczej wybiegliśmy za łóżkiem Mayah.
Usłyszałem, że dziewczyna znowu zaczęła coś mamrotać, więc podbiegłem bliżej. 
- Lou, pomóż mi!- kręciła głową i wierciła się na wszystkie strony. Pierwszy raz byłem wdzięczny lekarzom za związanie jej. 
- W czym kochanie? Jak ci pomóc?- biegłem zaraz obok łóżka, trzymając ją za rękę.
- Lou, ratuj Harrego!
Znowu o Harrym? Coś mu grozi? 
- Ale przed czym May? 
Nieznacznie ścisnąłem jej dłoń, żeby dać znak, że jestem tuż przy niej. 
- Chłopcze musimy iść.- lekarz dał mi do zrozumienia, że jesteśmy przed OIOM'em.
- Ale ja muszę się dowiedzieć o co...
- Ona nie wie co mówi!- przerwał mi w połowie zdania.
   Odpuściłem. Usiadłem z Alison przed oddziałem, patrząc jak zamykają się ciężkie drzwi a za nimi znika Mayah. O czym ona mówiła? Coś grozi Harremu? 
- Ratuj go przed tatą, nasz tata go zabije!- usłyszałem stłumiony krzyk sekundę przed trzaskiem zamykanych drzwi. 
Ja pierdolę. On wrócił. Wrócił skończyć to co zaczął. 

   Liam

   Wracając od Harrego miałem dziwne przeczucie, że ktoś za mną idzie. Co chwilę się odwracałem i za każdym razem widziałem to samo- ciemność. Dlatego właśnie nienawidziłem chodzić wieczorami. Moja psychika nie działa za dobrze, zwłaszcza po śmierci mamy. Zawsze wydawało mi się, że jest przy mnie, co z jednej strony mnie cieszyło, ale z drugiej przerażało. Wiele razy miałem sytuacje, w których jakiś głos podpowiadał mi co mam robić. O dziwno te decyzje zawsze były dobre. 
Jedynie raz zdarzyło mi się, żebym nie posłuchał swojej intuicji. Sprzeciwiłem się gdy podpowiadała mi, żebym nie schodził pomagać nowym sąsiadom, czyli Tomlinosonom. Niczego nie żałuję.
   Idąc główną ulicą Wolverhampton poczułem wibracje w kieszeni. Podziękowałem Bogu, że ustawiłem sobie przypomnienie o rodzicach Harrego bo na śmierć bym zapomniał. Ówcześnie jeszcze raz sprawdzając jego adres, ruszyłem w stronę domu loczka. Pięknie, jest ósma, a ja idę do rodziców chłopaka, który sam ledwo mnie zna. Cudowne okoliczności dla poznania. 
   Zmierzając ku średniej wielkości osiedlu 'tych bogatszych' wymyślałem wymówki, jakimi mogę nakarmić rodziców Hazzy. Nigdy nie umiałem kłamać, prawdopodobnie nigdy się nie nauczę, więc ta sytuacja nie stawia mnie w dogodnej pozycji. Na pewno cię polubią Liam, bądź tego pewien...
Podchodząc do dużej bramy, prowadzącej do żółtego domu, głęboko odetchnąłem i nacisnąłem guzik na domofonie. Nie musiałem długo czekać, na wpuszczenie na posesję. Po chwili na ganek wyszła ciemnowłosa, dosyć młodo wyglądająca, niewysoka kobieta. Sprawiała wrażenie miłej, co znacznie mi pomogło.
- Dzień dobry, ja w sprawie Harrego.- mój głos wydawał się dosyć pewny. Oby tak dalej.
- Przepraszam ale Harrego nie ma w domu od rana. Nie mogę się do niego dodzwonić, może ty spróbujesz?
- Pani mnie źle zrozumiała.- na twarzy kobiety wymalowało się zdziwienie, na co ja delikatnie się uśmiechnąłem-  Widzi pani, Harry jest u mnie. Chodzimy do jednej klasy i od rana robiliśmy projekt z um... Fizyki.- Serio Liam, z fizyki? Oh...- Od rana był jakiś niemrawy, rozbolał go brzuch i zasnął u mnie. Bezpieczniej będzie jeżeli już zostanie na noc, dobrze?
- No... Dobrze, nie ma sprawy. Tylko powiedz mu, żeby do mnie zadzwonił, gdy się obudzi.
Okej, przekażę, dobranoc.- ostatni raz się uśmiechając, wyszedłem z ogródka, podążając w stronę mojej ulicy. W międzyczasie wysłałem chłopakowi SMS-a, z informacją, że przykrywka działa do jutra. Rano musimy wymyślić coś lepszego. 
   Wchodząc do domu zastałem śpiącego tatę, więc nie chcąc go budzić, od razu poszedłem do swojego pokoju. Natłok myśli i zdarzeń z ostatnich kilku dni przyprawiał mnie o mdłości. Nigdy bym nie pomyślał, że w ciągu praktycznie dwóch dni, znajdę dziewczynę, zaprzyjaźnię się z gejem, a w zasadzie dwoma, May wyląduje w szpitalu pchnięta nożem, a Harry będzie o to posądzony. Co dalej? Na dobrą sprawię nie mieliśmy co zrobić. Styles przecież nie mógł się wiecznie ukrywać, a my biegać do szpitala, na camping i z powrotem. Ktoś by się wreszcie zorientował. Najgorsze było to, że nie mieliśmy żadnego punktu zaczepienia. Tomlinsonowie byli nowi w mieście, praktycznie nikt ich nie znał. Nie zdążyli sobie narobić wrogów, ani nic z tych rzeczy, a po rozmowie z Louisem wywnioskowałem, że w Wolwerhampton byli po raz pierwszy. 
   W sumie współczułem im. Chcieli się uwolnić od tak wyniszczającego życia, od ojca. Z nadzieją na coś nowego, dostają praktycznie to samo. Tyle, że tu dostali pomoc ode mnie i od Harrego. A w Doncaster? Nie mieli nikogo poza znęcającym się nad nimi tatą. Rówieśnicy odwrócili się od nich zupełnie. Dlaczego? Bo myśleli, że to 'rodzinka z reklamy' a sami Lou i Mayah są rozpieszczonymi, obrzydliwie bogatymi bachorami. 
Ale czy my sami nie oceniamy tak innych? Czy my sami nie jesteśmy zaślepieni grubością portfeli naszych znajomych? Patrzymy na wszystko przez pryzmat tego, co inni posiadają. Dlaczego tak jest? Dlaczego dziewczyna bez markowych ubrań jest gorsza od tej, która ubiera się w najdroższych butikach? Dlaczego chłopak, mający najnowszą konsolę jest bardziej szanowany od tego, któremu ledwie starczyło na kupno zwykłego telefonu komórkowego? Otóż jest tak ze względu na ludzki charakter, przyzwyczajenia, ale i stereotypy. Osoba mieszkająca w obskurnej dzielnicy, jest zawsze tej niższej rangi społecznej. Skąd mamy pewność, że ten człowiek nie ma niesamowitego talentu? Że nie potrafi pomóc innym? Często własnie 'ta biedota' ma więcej do zaoferowania niż człowiek z willą nad basenem i czterema samochodami. 
   Często kieruje nami także zwyczajna, ludzka zazdrość, tak jak przejawiło się to w stosunku do Mayah i Louisa. Nie znając historii innych oceniamy po tym co widzimy. Jednak niestety nasz wzrok widzi tylko 'opakowanie' człowieka, które można wypracować do perfekcji. Śliczne ubrania, uroczy uśmiech- to da się stworzyć. Jednak nasze wnętrze jest niepowtarzalne. Są ludzie, którzy mają niesamowity dar- widzenia tego co jest 'w środku'. Niestety, gdy zauważymy ładną, niebieskooką blondynkę w markowych ubraniach, z cudownym uśmiechem na twarzy wyobrażamy sobie jej szczęśliwą rodzinę, duży dom, wspólne kolacje. Jednak skąd wiemy, że tak jest naprawdę? Może ta własnie urocza dziewczyna wraca do domu i chowa się przed ojcem, żeby jej nie pobił? Może ta właśnie dziewczyna codziennie modli się, żeby jej mama nie zapiła się na śmierć? Może ta właśnie dziewczyna biegnie do domu, bo boi się, że jej brat popełni samobójstwo? Skąd wiesz, co może dziać się w jej wnętrzu? No własnie, nie możesz mieć pewności. Nikt nie może. Ludzie z czasem uczą się perfekcyjnie grać rolę jaką wskaże im życie. Tak własnie rodzą się wielkie gwiazdy filmowe. 

   Louis

   Nad ranem obudziłem się w takiej samej pozycji jak zasnąłem- siedząc na krześle. Ból w całym moim ciele był niemiłosierny, a ja modliłem się jedynie o powrót do domu, ale nie mogłem sobie na to pozwolić dopóki May była w szpitalu. Poprzedniego dnia zadzwoniłem do mamy i wyjaśniłem całą sytuację. Obiecała porozmawiać z lekarzami i załatwić mi wstęp na oddział. Najbardziej martwili mnie jednak Harrry. Liam miał wczoraj do mnie zadzwonić, albo chociaż wysłać wiadomość, czy wszystko ok. Nie odbierał telefonów, na SMS-y też nie odpisywał. Z pewnością ma zapełnioną skrzynkę. 
   W porze obiadowej Alison przyszła mi powiedzieć, że stan Mayah znacznie się poprawił, ale podali jej leki nasenne i kilka następnych godzin spędzi śpiąc. Pozwolili mi na chwilę się z nią zobaczyć. Nie wyglądała już tak źle jak wczoraj. Skóra przybrała różowy kolor, a oczy były spokojnie zamknięte. Przez co najmniej pół godziny opowiadałem jej o wszystkim co się stało, mając świadomość, że mnie słyszy. Nic nie wspominałem o jej krzykach. Chciałem o tym porozmawiać, jak będzie już w pełni świadoma tego co mówi. Wyproszony z sali przez młodą pielęgniarkę, zszedłem do kawiarni, gdzie o dziwo zastałem Liama, pijącego kawę. 
- Siema stary, czekałem na ciebie.- uśmiechnął się dając mi głową znak żebym usiadł obok.
- Payne, czy ciebie już do reszty pojebało?- krzyknąłem trochę głośniej niż powinienem, sprowadzając na siebie leniwe spojrzenia pozostałych klientów.
- Ta uspokój się! O co ci chodzi?
- O co mi chodzi? Czekałem na jebany telefon, albo chociaż SMS do drugiej w nocy, ale co tam, prawda?- z naburmuszona miną usiadłem obok przyjaciela.
- I o to się tak rzucasz? Wszystko ok, Harry zaprowadzony za rączkę do domu, zamknięty na trzy spusty, tylko, że teraz mamy inny problem. 
- Zaskocz mnie.- przewracając oczami skinąłem na kelnerkę i zamówiłem małą kawę. Byłem wykończony. 
- Nie pomyśleliśmy o jego rodzicach.- zastygłem. Liam miał rację. Nie mogliśmy im powiedzieć prawdy, ale też wymyślanie czego innego codziennie nie wchodziło w grę.
- O cholera.
- No własnie, cholera.- parsknął śmiechem mieszając ostatki cieczy wypełniającej kartonowy kubeczek- jak na razie mamy wersję, że robimy u mnie projekt z fizyki, ale pociągniemy na tym maksymalnie dwa dni, bo ile można robić jeden projekt? 
- Serio, z fizyki? Nie mogłeś nic lepszego wymyślić?- zaśmiałem się patrząc na równie rozbawionego przyjaciela- a jak wytłumaczyłeś, to, że nie przyjdzie na noc do domu? 
- Powiedziałem, że się rozchorował i zasnął. Najważniejsze jest, żeby chociaż telefony odbierał jak będą do niego dzwonić, bo jego mama serio się o niego martwi.- oboje spoważnieliśmy. Współczuje tej kobiecie. To dopiero początek, a ona już ciężko przeżywa.
- Mam pomysł.- Li wyrwał mnie z rozmyśleń machając mi ręką przed twarzą.
- No słucham, słucham.
- Są wakacje tak? Mam taki stary domek nad jeziorem. W sumie niedaleko stąd. Dawno go nie odwiedzałem, więc na pewno przydałby się mały remont. Możemy jej powiedzieć, że skoro mamy wolne, to jedziemy na tydzień odnowić i pobiwakować. Powinno się udać, tylko jest druga sprawa.- Payne podrapał się po karku, a ja dałem znak, że słucham- Musimy go jakoś przemycić do domu.
- Oszalałeś?- prawie podniosłem się z krzesła. Przechadzka Harrego po mieście nie wchodziła w grę, za duże ryzyko.- Stary, to się nie uda, wszędzie krąży policja, co chwile znajdują jakieś tropy i pamiętaj, że to własnie Styles jest głównym podejrzanym.- ton głosu zniżyłem do szeptu, żeby nie wzbudzić niczyich podejrzeń. 
- A jak ty to sobie wyobrażasz. Twój syn od dwóch dni nie pokazuje się w domu, a na dodatek bez żadnych rzeczy wyjeżdża na tydzień na biwak. Zastanów się, musimy to jakoś uwiarygodnić.- dobrze wiedziałem, że ma rację. Po prostu nie chciałem nikogo narażać na niepotrzebne niebezpieczeństwo. 
- Jak to zrobimy?- niechętnie wymruczałem patrząc na nietkniętą kawę.
- Tym to ja się zajmę. Lepiej powiedz co z Mayah?
- Przenieśli ją wczoraj na OIOM. Miała zaburzenia oddechu i atak tężca, do tego potężną gorączkę. Ale już wszystko dobrze.- pośpieszyłem z wyjaśnieniami, widząc przerażona minę przyjaciela. 
- Mogę z nią pogadać?
- Śpi. Dali jej leki nasenne.- leniwie rzuciłem odpowiedź, bo dręczyło mnie co innego. Zastanawiałem się, czy powiedzieć przyjacielowi o tym, co mamrotała May. Bałem się go wplątać w to całe bagno z naszym ojcem. Wystarczało mi, że ja i Mayah musieliśmy to znosić.
- Liam, to mógł być mój ojciec.- mruknąłem, nie patrząc na przyjaciela.
- O czym ty mówisz?- brzmiał, jakby wiedział o co mi chodzi, ale chciał potwierdzenia. 
- Dobrze wiesz o czym mówię. Mayah wczoraj, podczas tego ataku krzyczała, że nasz ojciec chce zabić Harrego. Lekarze wmawiali mi, że to przez gorączkę, ale coś może w tym być.
- Louis, nie świruj, to tylko głupi sen. Twój ojciec nawet nie wie gdzie teraz mieszkacie. Daj spokój.- po tonie jego głosu mogłem wywnioskować, że bardziej chce przekonać samego siebie niż mnie.
- Ok, może masz rację. A kto inny to mógł zrobić? Ja nie mam pomysłów.- wbiłem się głębiej w krzesło. 
- Ja też nie wiem. Ale zastanów się, mamy jakieś podpowiedzi, cokolwiek? W sumie nic. Weszliśmy już jak Mayah leżała we krwi, tak jak reszta dziewczyn, a Harry trząsł się jak galareta.- skrzywiłem się na wspomnienie tego okropnego widoku.
- Czekaj, czekaj. Czy Styles przypadkiem nie miał noża w ręce?
- No tak, ale na nim będą jedynie jego odciski.- chłopak zupełnie zlekceważył moje pytanie.
- No co ty kurwa nie powiesz. A teraz się zastanów. Tym nożem zaatakowano ludzi, a na nim są odciski palców Harrego. Co na to policja sherlocku? 
- O cholera.- oczy Liama znacznie się rozszerzyły. Zrozumiał powagę sytuacji.- A jeżeli on go wyrzucił, a policja znalazła...
- To ma przejebane jednym słowem.- dokończyłem z frustracją w głosie. 
- Musimy gdzieś to ukryć, rozumiesz? Inaczej po nas. Wszyscy polecimy.- podkreśliłem ostatnie słowa dając do zrozumienia, że ta sprawa nie może czekać. 
- Jak mam się z nim skontaktować, jak on nawet telefonu nie odbiera?
- To do niego kurwa biegnij, mamy jakieś wyjście?- nie musiałem długo czekać na reakcję przyjaciela. Chłopak zerwał się z krzesła i z prędkością światła wybiegł z kawiarni. Oby Harry miał ten nóż. 






Okay, no to ten, dacie się jakoś przekupić?
Zaczęła się szkoła, więc masa obowiązków. Mam serio mało czasu, a ten rozdział udało mi się napisać tylko dlatego, że jestem chora i piszę z 39 stopniową gorączką od dwóch dni. Przepraszam, za tak długą przerwę, ale serio nie miałam jak napisać. Ten rozdział jest taki... Nijaki. Ale z takim bólem głowy nie wymyślę nic lepszego. Zrozumcie mnie, proszę Was 
Teraz mam sprawę, jeżeli podczas czytania wyłapiecie jakieś błędy, literówki czy coś, to mi napiszcie w jakim słowie i gdzie mniej-więcej to jest. Nie mam siły sprawdzać, a Wy możecie mi w tym pomóc :) 
Błagam, wysilcie się chociaż na te 5 komentarzy z oceną FF. To nie jest dużo, maksymalnie minuta. Nie chodzi mi o rozpisywanie się na pół strony, tylko o kilka zwięzłych zdań, ok? Jeżeli Wam się podoba, czytacie od początku, lub dopiero zaczynacie, napiszcie jakie macie wrażenia. ♥
Z GÓRY BARDZO, BARDZO, BARDZO DZIĘKUJĘ 
<rozdział dedykowany Paulince i Martynce, kocham was miśki x>

 Wasza zakatarzona Muuertoo ♥

sobota, 13 lipca 2013

*RODZIAŁ 7*


   Mayah

   - Ale o co ci chodzi May?
- Ja pierdolę, Harry, ale ty wolno myślisz. Ludzie z imprezy najprawdopodobniej zeznali przeciwko tobie i jesteś teraz głównym podejrzanym. A żeby było zabawnie, policja jest już tutaj i drugi raz przesłuchuję tą panienkę, z którą mnie przywieziono. Więc dobrze ci radzę, bierz dupę w troki i wiej stąd, chyba, że lubisz być wyprowadzany z miejsc publicznych w kajdankach- największy nacisk postawiłam na ostatnie słowa, żeby zrozumiał powagę sytuacji. 
Błądziłam wzrokiem po nieruchomo stojących chłopakach. Próbowałam wyczytać  coś z ich twarzy, strach, zmieszanie, niepewność, cokolwiek. Niestety bez skutku.
Nikt z nas się nie odezwał. Nie wiedzieliśmy jakich słów użyć w takiej sytuacji. Ludzie siedzący przy pozostałych stolikach, gapili się na nas na nas, jak na idiotów, ale mało mnie to obchodziło. W tamtym momencie liczył się tylko Harry i jego bezpieczeństwo. 
Nagle Louis podszedł krok do przodu, tak, że zrównał się ze Stylesem. W pewnej chwili wydawało mi się, że złapał go za rękę. To trwało dosłownie sekundę, może nawet mniej. Boże, May, masz zwidy...
- Dobra, Harry, nie stój tak, musimy coś zrobić- ciszę przerwał Liam. On był najbardziej ogarnięty z nas wszystkich. 
- Ale co mam zrobić? Widzisz jakieś wyjście z tej chorej sytuacji? W takim razie oświeć mnie, bo ja nie bardzo.
- Proponuję wiać- rzucił sarkastycznie Li- chyba nawet wiem gdzie. Ale jeżeli mam ci pomagać, muszę wiedzieć. To nie ty zamordowałeś te dziewczyny, prawda?
- Liam!- Do rozmowy włączył się dotychczas jakby nieobecny Louis. Stanął w obronie Harrego, naskakując na Payne'a, co szczerze mnie zdziwiło.
- Nie, jest ok Lou, ona ma prawo wiedzieć. Liam- odwrócił się w jego stronę- możesz mi wierzyć, albo nie, ale to nie ja. Nie potrafiłbym...
- Stary, wierze ci- posłał mu jeden z tych cudownych uśmiechów, w których zdążyłam się zakochać.
   Chętnie patrzyłabym na tą sielankę do końca życia, ale mieliśmy mały problem. Policja.
- Dobra chłopcy, nie chcę was poganiać, bo serio, ta scena jest genialna, ale nie mam zamiaru odwiedzać Harrego za kratami. 
- Ok, May ma rację- wtrącił się Liam- mam pewien pomysł odnośnie miejsca, gdzie możemy go ukryć.- kiwnął głową, wskazując na loczka.- Moi dziadkowie mają mały domek letniskowy jakieś dwa kilometry stąd. To takie pole campingowe. Myślę, że na razie nie będą tam szukać, bo mało kto odwiedza ten plac. 
Wszyscy twierdząco pokiwaliśmy głowami, na znak, że zgadzamy się na ten plan. Rozdzieliliśmy się, bo chłopcy uparli się, że ktoś musi ze mną zostać. Tak więc Liam i Harry pobiegli do domku, a ja z Louisem pozostaliśmy w szpitalu. 
   Lou siedział przy stoliku, popijając wcześniej zamówioną kawę i gapiąc się gdzieś w przestrzeń. Wyglądał na zamyślonego i nieobecnego. Przy innych mógł udawać, że wszystko ok, ale ja za dobrze go znałam. Wystarczyło jedno spojrzenie w oczy, to wyjaśniało w jakim stanie się znajduje. Tym razem podziałało, tak jak wcześniej. Był smutny, przygnębiony, nie dawał sobie rady. 
Nie mogłam patrzeć w te jego pokryte łzami oczy. To jest Louis, on nigdy nie jest bezsilny, on nigdy nie płacze! Wyglądał jak dziecko, któremu trzeba pomóc, z którym trzeba porozmawiać. I to właśnie miałam zamiar zrobić. 
   No dalej May, to ten sam Lou. To twój brat. On cie potrzebuje. Musisz mu pomóc. 
Powoli podeszłam do stolika i usiadłam na krześle obok chłopaka. Jego wzrok spoczął na mnie, a na twarzy zagościł słaby uśmiech, który chwilę później zniknął. 
- Louis, dobrze wiesz, że mi możesz wszystko powiedzieć, prawda? Ja zawsze cię wysłucham. Bardzo cię przepraszam, za to, że tak na ciebie nawrzeszczałam. Wcale tak nie myślę i ty doskonale zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? Nie, nie jestem na ciebie zła, jeżeli o to ci chodzi. Po prostu wiem, oboje wiemy jaki jesteś. Stajesz w mojej obronie, choć nie jest to potrzebne. Ale to właśnie sprawia, że tak cię kocham i tak ci ufam.
Odpowiedziała mi cisza. Ta cholerna cisza, która nie powinna pojawiać się w takich momentach. Wystarczyłby mi jakikolwiek znak, kiwnięcie głową, chrząknięcie, cokolwiek w zamian za to milczenie.
- Ok Lou, rozumiem, potrzebujesz czasu. Nie będę naciskać. Ja idę do sali, bo mama myśli, że jestem w łazience i jeżeli nie wrócę w przeciągu dziesięciu minut, postawi na nogi cały szpital.- oboje cicho zachichotaliśmy, bo dobrze wiedzieliśmy, że taka sytuacja może się wydarzyć.- To jak? Idziesz ze mną? 
Wyciągnęłam ręce, zachęcając go do pójścia. Chłopak twierdząco pokiwał głową i skorzystał z mojej pomocy. Gdy już miałam wychodzić, Louis przyciągnął mnie do siebie, zamykając w uścisku, który od razu odwzajemniłam.
- May, przepraszam. Bardzo chciałbym ci to powiedzieć, ale sam do końca nie wiem co się dzieje. Proszę, daj mi trochę czasu, muszę to wszystko poukładać.- poczułam ciepłe krople, skapujące na moje ramię.
- Hej, Louis, jest ok. Mówiłam, że to może poczekać, słyszysz? Tylko błagam cię, nie płacz. Nie możemy sobie teraz pozwolić na płacz. Musimy pomóc Harremu. 
   Powolnym krokiem wyszliśmy z kawiarni. Tak jak się spodziewałam, po wejściu do sali zostałam zasypana masą pytań typu: 'Gdzie byłaś? Dlaczego tak długo? Nic ci nie jest? Chcesz żebym dostała zawału?"
- Jest ok mamo, trochę zagadałam się z chłopakami, to wszystko. Nie martw się tak o mnie, przecież jestem w szpitalu. Korytarze są pełne, gdyby coś się stało, na pewno ktoś by zauważył.- uspokajałam mamę przykrywając się kołdrą. 
- A właśnie, gdzie zgubiłaś resztę?- kiwnęła kłową w stronę siedzącego na kanapie Louisa, dając do zrozumienia, że chodzi jej o Harrego i Liama. 
- Emm, oni--
- Oni musieli coś załatwić u Harrego. To znaczy Harry musiał zrobić coś w domu, a po Liama zadzwonił tata więc poszli razem.- przerwał mi Lou, za co byłam mu niezmiernie wdzięczna, bo wymyślił całkiem dobrą wymówkę. Ja zapewne palnęłabym jakąś głupotę typu 'poszli do łazienki'.
- Oh, mogli mi powiedzieć, podrzuciłabym ich. May, muszę już wracać do domu. Rano mam kilka spotkań, więc wcześnie wstaję. Wpadnę około dwunastej, bo nie mam nic do zrobienia w biurze. Odpocznij i prześpij się kochanie. Słyszałaś lekarza, masz się oszczędzać.- otuliła mnie kołdrą i pocałowała w czoło.- Louis, opiekuj się nią, dobrze? Ufam ci. Załatwiłam u lekarza, że możesz spać w sali May.
Mama pomachała nam jeszcze przez szybę na pożegnanie i zniknęła z pola widzenia. 
   
   Liam


   Harry biegł jak zawodowy sprinter. Zwinnie omijał wszystkie przeszkody, nie tracąc prędkości. Nigdy nie widziałem, żeby normalny człowiek utrzymywał takie tempo. Zauważyłem dziurę w płocie jednej z posesji. Przebiegliśmy jak najszybciej przez ogródek, żeby nie zostać złapanym. Ta gonitwa zaczynała mnie poważnie męczyć, zwłaszcza, ze nigdy nie byłem dobry z wf. 

- Jezus Maria, Liam!- Harry zaczął panikować, gdy po odwróceniu się, zobaczył mnie leżącego na ziemi. 
- Nie drzyj się, tylko pomóż mi wstać!- na marne próbowałem się podnieść z zakurzonego chodnika. 
- Ale wszystko ok?
- Tak, jest dobrze, tylko ja mam jedną nerkę i często podczas biegu łapią mnie skurcze, jak ten.
- Przecież mogłeś mi powiedzieć! Poszedłbym sam!- zaczął krzyczeć, żywo gestykulując rękami.
- Pewnie, że mogłeś, z racji tego, ze masz GPS-a w głowie i dokładnie wiesz gdzie masz iść.- mruknąłem sarkastycznie, przewracając oczami.
   Dalszą drogę przebyliśmy w komfortowej ciszy ciszy, zwalniając tempo do szybkiego marszu. Wstąpiliśmy do domu dziadków, po klucze do domku. Na poczekaniu musiałem wymyślić jakieś dobre kłamstwo, tłumaczące co chcę zrobić w mieszkaniu. Powiedzenie, że chcę ukryć chłopaka, który jest posądzony o dwa morderstwa i trzy gwałty nie wchodzi w grę. Stary, dobre kłamstwo o ognisku. Powinno wystarczyć. Musi...

***

   - Otworzysz wreszcie tą pieprzoną bramę?!- Harry skakał z nogi na nogę, podczas gdy ja siłowałem się z zamkiem od krat. Dziadkowie dali mi cały pęk kluczy, z czego tylko jeden otwiera furtkę. Paradoksem było, że oni mają jedynie dom, piwnicę, bramę no i domek letniskowy, więc na dobrą sprawę potrzebują jedynie czterech kluczy. Po prostu świetnie...
- Dobra, chodź.- rzuciłem przez ramię, do stojącego za mną chłopaka, gdy po kilkuminutowym siłowaniem się z zamkiem udało mi się trafić na dobry klucz. 
   Powoli snuliśmy się pomiędzy najczęściej opuszczonymi już domkami. Większość z nich, była porośnięta bluszczem, lub innymi kłączami, zjedzona przez korniki, czy po prostu rozpadająca się 'ze starości'. Nasz cel można było łatwo wyróżnić spośród tego całego bałaganu. Chatka pomalowana żółtą farbą, z dużym, zadbanym ogrodem, czystymi oknami i szczelnym dachem z daleka rzucała się w oczy. Harry chyba sam zorientował się, że to właśnie tam idziemy. 
   Już po kilku minutach staliśmy na ganku. Tu z zamkiem poszło o wiele szybciej, gdyż do klucza został przyczepiony brelok z napisem 'domek letniskowy'. No błagam, nie można było tak od początku?
Zauważyłem, że Harry nadal stoi na zewnątrz, podczas, gdy ja jestem już w głębi domu. 
- Hej, wszystko ok?- zapytałem pstrykając mu kilkakrotnie palcami przed twarzą. 
Chłopak drgnął i zawiesił spojrzenie na mnie. To było dosyć niezręczne, zwłaszcza, że nie miałem pojęcia o co mu chodzi. Odchrząknąłem i odwróciłem wzrok. 
- Wchodzisz?- zapytałem przekraczając próg, jednak zatrzymałem się czując dłoń na ramieniu. Odwróciłem głowę i spojrzałem w jego zaszklone oczy. No nie, błagam, tylko nie płacz...
   Nie miałem pojęcia, co zrobić, więc po prostu mocno go do siebie przytuliłem. Pocieszająco pocierając jego plecy, zastanawiałem się, co dzieje się w głowie tego z reguły grzecznego i ułożonego chłopaka. 
Otóż, znałem Harrego ze szkoły. Oczywiście tylko z widzenia, ale i tak sprawiał dobre wrażenie. Zdarzało mu się uczestniczyć w pojedynczych bójkach, ale z tego co wiem, to nie on je zaczynał. Z resztą, nie znam chłopaka, który nigdy by się nie bił, to normalna kolej rzeczy. 
Ale i tak, nie mogłem sobie wyobrazić, ja musi się teraz czuć. Jego życie obróciło się o 360 stopni. Z grzecznego, ułożonego i miłego chłopaka, z bogatszej dzielnicy, stał się uciekinierem, niby-mordercą. Ale to nie równa się z tym, czemu, a raczej komu, musiał stawić czoła. Louis.
- Wszystko będzie dobrze, słyszysz? Damy sobie z tym radę. Wiem, ze jest ciężko, ale masz nas. Pomożemy ci się z tego wyplątać. Ale musisz być silny, zaszczepiać w nas tą siłę. Sam musisz wzbudzić w sobie determinację. Jeżeli ty się poddasz, my nie będziemy mieli sposobu na podniesienie cię. To jest twój czas, twoja walka. My, to jedynie pionki, uczestniczące w grze.- próbowałem pocieszyć nadal łkającego loczka.- musisz być silny. Dla swojej rodziny, dla May, dla mnie. Dla Louisa...
Szepcząc ostatnie zdanie, poczułem jak ciało Harrego sztywnieje.Cholera, przecież, on nie wie, że rozmawiałem z Lou. Się wkopałeś Payne, brawo.
- Harry, ja już wiem. 
Chłopak podniósł na mnie swoje opuchnięte od płaczu oczy. Dezorientacja wymieszana ze strachem malowała się na całej jego twarzy. Teraz trzeba mu wszystko wyjaśnić. 
- Wejdziemy i porozmawiamy na spokojnie?- spytałem odciągając od siebie Harrego, tak aby móc go obserwować. 
W odpowiedzi otrzymałem kiwnięcie głową, więc przekroczyliśmy próg, zakluczając za sobą drzwi. Przezorny zawsze ubezpieczony. 
   Domek nie był duży. Kuchnia, połączona z salonem, który zajmował większość parteru. Na tym samym piętrze mieścił się jeszcze pokój gościnny, w którym znajdowały się regały z masą książek i zejście do piwnicy. Po wejściu na poddasze, zwiedziliśmy dużą, przestronną łazienkę, przytulny pokój z komputerem stacjonarnym i sypialna. 
   Obaj opadliśmy na ogromne łóżko ze śnieżnobiałą pościelą. Trwaliśmy w ciszy, pogrążeni we własnych myślach. Moje krążyły nad tym co powiedział mi Louis. To było dosyć...Pokręcone? Przecież chłopak, który kilka dni temu normalnie tańczył z dziewczynami, podrywał je, dzisiaj mówi mi że zakochał się w Harrym. Tego nie dało się logicznie wytłumaczyć. 
- Mayah wie? - chłopak wyrwał mnie z zamyśleń, mrucząc pytanie pod nosem, jednak nie odwracając wzroku na mnie. 
- Nie. To znaczy nie wydaje mi się. Lou mówił mi, gdy byliśmy sami, w kawiarni. Przy mnie nie powiedział. Chyba, że jak poszliśmy, ale wątpię. Bał się, musi się przygotować.
- Harreh?
- Mhm...- mruknął pogrążony w swoich myślach. 
- Co z twoimi rodzicami?
Ciało chłopaka zesztywniało, jakby bał się tego pytania. A może odpowiedzi? 
- Co z nimi?- odpowiedział pytaniem na pytanie, gapiąc się w sufit.
- Chodzi mi o to, czy wiedzą gdzie jesteś, co się z tobą dzieje?
- Nie, nie wiedzą i dobrze.
   Nie chciiał rozmawiać na temat rodziny, więc sam go nie ciągnąłem. Może Louis coś wie.
   Zapadła komfortowa cisza. Wszystko dookoła zwalniało. Jakby zaraz miało się zatrzymać. Teraz istniały tylko moje myśli, w których toczyła się nieustanna wojna. Można ją zobrazować jako wojnę między dobrem a złem. Powinienem mu pomagać? Jest niewinny? Nie mogłem na niczym się skupić. Zmęczenie dało się we znaki. Próbowałem z nim walczyć, jednak nieskutecznie. Po kilku minutach zasnąłem. 

   Harry

   Słyszalny oddech Liama powoli się stabilizował, więc wywnioskowałem, że spał. Sam byłem niesamowicie zmęczony, ale moje myśli nie pozwalały mi na odpoczynek. Dlaczego akurat mi musiało się to wszystko zdarzyć? 
Przed oczami przewijało mi się całe dotychczasowe życie. Rodzice, szkoła, nauka śpiewu, gry na gitarze, Emma, mój chłopak Beck...
   Beck był moją pierwszą prawdziwą miłością. Gdy byliśmy razem miałem zaledwie szesnaście lat. To niesamowite szczęście, którym mnie obdarowywał, nie równało się z niczym innym. Jedyne co mnie martwiło, to to, że nikomu nie chciał o nas powiedzieć. Jednak wiedziałem, że nie możemy sobie na to pozwolić. Jego rodzice byli lekarzami- z pewnością nie chcieliby mieć syna-geja. Wszystko było dobrze aż do pewnego, wtorkowego popołudnia. 
   Jak zwykle wróciłem ze szkoły do domu. Rodzice i Gemma wyjechali na tydzień w góry więc pomieszkiwał u mnie Beck. Gdy przekroczyłem próg, zdziwiła mnie ogłuszająca cisza. Beck pewnie wyszedł do sklepu.
Wszedłem do kuchni aby odgrzać sobie obiad, jednak zatrzymałem się, gdy moją uwagę przykuła leżąca na stoliku koperta z widniejącym na niej napisem 'Harry x'.
Bez jakiegokolwiek zastanowienia rozerwałem pakunek i zacząłem wodzić nieprzytomnym wzrokiem po zapisanej charakterystycznym pismem Becka kartce. 
Harry, 
Zanim cokolwiek napiszę, musisz wiedzieć, że bardzo Cię kocham. Kocham cię i nigdy nie przestanę. 
Zapewne zastanawiasz się dlaczego piszę do Ciebie list, przecież mamy telefony, prawda? Jednak nie byłbym w stanie powiedzieć Ci tego wprost. List to lepsze wyjście. 
Wyprowadzam się. Wyjeżdżam, przenoszę się do innej szkoły, innego miasta. Nie chcę ciągnąć tego dłużej. Nie chcę patrzeć jak cierpisz. Cierpisz, przez moje tchórzostwo. Jednak ja nie mogę, nie potrafię się przełamać i pokazać światu naszą miłość. Boję się. Boję się tego, że ludzie jej nie zaakceptują, że ją zniszczą. Nie chcę tego. 
Proszę Cie, nie staraj się ze mną kontaktować, dobrze? Tak będzie łatwiej dla nas obojga. 
Możesz mi coś obiecać? 
Znajdź kogoś, kto będzie Ciebie wart. Kto będzie Ci mówił, jaki jesteś cudowny, kto pokocha twoje wady, tak zrobiłem to ja. Jesteś niesamowity i zasługujesz na taką samą miłość. 

Na zawsze Twój,     

Beck xx      

   Tak to wszystko się skończyło. A może tak właśnie się zaczęło? 
Początkowo nie dawałem sobie z tym rady. Nie jadłem, nie wychodziłem z pokoju, opuszczałem szkołę. Zacząłem się samookaleczać. Codziennie niezliczoną ilość razy, w kółko czytałem ten felerny list. Pewnego dnia coś zaskoczyło. 'Możesz mi coś obiecać?  Znajdź kogoś, kto będzie Ciebie wart.' To zdanie na stałe wryło mi się w pamięć. Męczyło mnie, cokolwiek bym nie zrobił. Beck właśnie tego chciał, mojego szczęścia.
Postanowiłem się za siebie wziąć. Zacząłem chodzić do szkoły, poprawiłem oceny, kontakty z rodzicami, wychodziłem na imprezy. Na jednej z nich poznałem Emmę. Była bardzo atrakcyjną dziewczyną, wyróżniała się z tłumu. Była skromniejsza od reszty nastolatek. I to mnie własnie urzekło. Jeżeli mam zmienić swoje życie, to czemu nie spróbować z dziewczyną?
   Byliśmy ze sobą ponad rok. Jednak jej obecność, nie dawała mi tyle szczęścia. Była dla mnie raczej jak 'bliska przyjaciółka' a nie dziewczyna. Pewnego dnia, do teraz nie wiem jak, znalazła moje wiadomości do Becka. Nie chciałam jej okłamywać. Wyjaśniłem wszystko od początku. Zostawiła mnie. 
Szczerze mówiąc, nie dziwię się jej. Chyba każda dziewczyna zareagowałaby podobnie, gdyby dowiedziała się, że jej chłopak jest gejem. Odbijając się od dna, znów na nie opadłem. Wtedy właśnie poznałem Lou. I jak już wszystko zaczęło się układać, to co? To się zjebało za przeproszeniem. I tak będzie zawsze. Nie wiem, dlaczego nie mogę być szczęśliwy. Nie wiem czy komuś coś zrobiłem, ale naprawdę, chciałbym to naprawić. Chciałbym chociaż raz powiedzieć, że jestem zadowolony ze swojego życia. Bo jak na razie, to Bóg robi sobie ze mnie jaja, najwidoczniej. 
   Liam nadal się nie budził, a ja chciałem mu dać odrobinę odpocząć, więc po cichu zszedłem na dół. Postanowiłem się rozejrzeć. Miałem spory zapas jedzenia, czyli trochę mogę sobie tu pomieszkać. Taki mam plan.
Tak bardzo chciałbym wrócić do tego momentu na dachu. Było perfekcyjnie. Głupie siedzenie na ławce, prawda? Nie dla mnie. W towarzystwie Louisa czułem się idealnie. Wszystko się zepsuło. 
Szczerze? Gdyby nie Lou, poddałbym się na starcie. Nie miałbym o co walczyć. A teraz? Muszę walczyć. Muszę wygrać, dla niego. 
   Usłyszałem, jak ktoś schodził po schodach. Liam się obudził.
- Emm... Harry?- zapytał podchodząc do kanapy.- Powinniśmy się zastanowić, no wiesz... Kto to zrobił.
- Liam, nie mam pojęcia. Nie mam wrogów, ok. Ale nikogo z nich nie posądziłbym o morderstwo. Nikogo takiego nie znam. 
- Spróbuj sobie kogoś przypomnieć, może zrobiłeś coś komuś dawno, temu?
- Jeżeli mówię, że nie, to oznacza, że nie, dobra?- te ciągłe pytania zaczynały mnie już męczyć. Nie chciałem być dla niego niemiły, ale to dla mnie za dużo.
Włączyłem telewizję, mając nadzieję, że choć na chwilę oderwę się od tych wszystkich problemów. Kanał muzyczny. Tego mi było trzeba. 
   Nieświadomy tego co robię, zacząłem cicho podśpiewywać Adele- Hometown Glory. Mruczenie stopniowo zamieniało się w głośny śpiew. 
- Masz nieziemski głos.- Liam stał oparty o drzwi do salonu, trzymając dwa kubki z herbatą. O cholera...
- Nieprawda.
- Prawda prawda. Pięknie śpiewasz.- zaśmiał się kładąc przede mną gorący napój. Wymamrotałem ciche dziękuję i dalej oglądałem w ciszy. 
- Ja też śpiewałem, jeszcze przed śmiercią mamy...- nastała dziwna cisza. Ja nie śpiewam, bo przypomina mi to o Becku. Nie wiedziałem, że Liam ma podobny problem. 
- Przykro mi...- nie wiedziałem jak się zachować. Nie straciłem nikogo z rodziny. Nie poradziłbym sobie wtedy, są dla mnie wszystkim. 
- Jest ok. Powoli wracam do śpiewu, bo za bardzo za tym tęsknię. Bardzo lubiłem śpiewać z mamą i może to dziecinne, gdy śpiewam, wydaje mi się, że jest gdzieś blisko.
   Zamurowało mnie. Żaden chłopak w naszym wieku nie zwierzał mi się z takich uczuć, ale to było... Miłe? Czułem, że jestem komuś potrzebny, że komuś na mnie zależy. Z rozmyśleń wyrwało mnie cichy głos. Liam śpiewał Nickleback- far away. Miał naprawdę niesamowity, głęboki wokal. Postanowiłem się dołączyć, bo przecież i tak już słyszał jak wyję. Nawet się nie zorientowałem jak darliśmy się na cały do i tańczyliśmy. Było świetnie. Li oderwał mnie od świata, w którym miałem same problemy. Znowu bawiłem się jak piętnastolatek, biegający z przyjaciółmi. Po tylu latach znalazłem go, znalazłem przyjaciela. 
***
- Ty zmywasz!- usłyszałem głos Liama, dobiegający z salonu. Po tych wszystkich wygłupach, postanowiliśmy zjeść kolację, ale ja, Li i kuchnia? Nie skomentuję tego. Postawiliśmy na gotową pizzę. 
- Dobra, ale jakby coś, to nie płacę, za potłuczoną zastawę. A myślę, że twoim dziadkom nie spodoba się brak talerzy.- zaśmiałem się, zanosząc naczynia do zlewu. Po chwili, zobaczyłem chłopaka stojącego przy moim boku. Punkt, dla ciebie, Harry. Pięknie to rozegrałeś. 
- To może ja pozmywam, a ty powycierasz?- zapytał podwijając rękawy koszuli. W odpowiedzi wyszczerzyłem się jak pięciolatek dostający lizaka. Usłyszałem chichot Liama i dźwięk odkręcanej wody, więc zabrałem się za szukanie ścierek. 
- Emm, stary--
- Górna szafka po lewej.- odpowiedział na moje niezadane pytanie, nawet na mnie nie spoglądając. 
   Czas upływał nam w ciszy, każdy był skupiony na swoim zadaniu. Przez moją głowę przewijały się miliony myśli i pytań, na które sam nie znałem odpowiedzi. Na które muszę znaleźć odpowiedź. 
- Liam?- zacząłem gładząc, po dawno już suchej powierzchni talerza ścierką.- Dziękuję.
- Dziękowałeś mi już chyba dziesięć razy, a ja za każdym razem odpowiadam ci to samo- parsknął śmiechem, wycierając ręce w spodnie. 
- Ale nie za to. Dziękuję, za ten dzień. Za to, że mi pomogłeś, pomimo wątpliwości. Za to, że tak dużo dla mnie ryzykujesz. I za to wspólne śpiewanie. Dużo mi to dało, odpocząłem od tego wszystkiego.- cicho mamrotałem, bawiąc się obrąbkiem bluzki. Bałem się jego reakcji. Może powie, że jestem miękki? Że nie dam sobie rady? Że pomaga mi tylko ze względu na Mayah? Nagle poczułem czyjeś ramiona zacieśniające się wokół mojej talii. Trwaliśmy w uścisku przez długi czas. Nic nie musieliśmy mówić, bo doskonale się rozumieliśmy.
- Stary, jesteśmy w tym razem. Jeżeli ty się poddasz, my polecimy jak domino, słyszysz? Razem przez to przejdziemy, bo razem jesteśmy silni. 
- Dobra, już koniec, bo się rozkleję- zaśmiałem się, odrywając od przyjaciela. 
- Harry, nie żebym chciał cię zostawiać, ale powinienem się już zbierać. Robi się ciemno, mam stąd spory kawałek drogi, a chciałbym jeszcze odwiedzić Mayah. Louis pewnie tam umiera z nerwów. No i jeszcze mój tata o niczym nie wie. Nie mam pojęcia, co mu powiem, po prawdy przecież raczej nie.- ciągnął zakładając trampki i skórzaną kurtkę.
- A dałbyś mi chociaż twój numer? Bo tak na dobrą sprawę nie mam z nikim z was możliwości kontaktu.- wymieniliśmy się telefonami.
Nagle coś sobie przypomniałem. Cholera jasna, rodzice. Wybiegłem przed dom, gdzie właśnie szedł Liam.
- Stary, mam jeszcze jedną prośbę.- chłopak kiwnął głową, dając do zrozumienia, że słucha.- No więc mógłbyś iść do moich rodziców i powiedzieć, że będę nocował u ciebie? Wymyśl, że masz remont i ci pomagam, czy coś. Zadzwonię do nich, ale wątpię, żeby mi uwierzyli, więc ty musisz zadziałać.
- Dobra, spróbuję. Daj mi tylko twój adres.- podał mi komórkę, do której wpisałem potrzebne dane i żegnając się wróciłem do środka. Przedstawienie czas zacząć...

   Mayah

   - Do cholery jasnej. Nie ma go siedem godzin. Siedem! Może raczyłby odebrać chociaż telefon. Ja tego nie rozumiem. Miał tylko zaprowadzić Harrego do tego głupiego domu. A nie ma go pół dnia. Louis, czy ty nie w ogóle słuchasz?!- zdawałam sobie sprawę, że Lou był zdenerwowany tak samo, a może i bardziej niż ja, a moje gadanie nic tu nie da, ale dosłownie nie mogłam się zamknąć.  
- May, błagam cię. Nie spałem dzisiaj nawet głupiej godziny, głowa mi zaraz eksploduje, a ty wcale mi nie pomagasz. Na dodatek, dobrze wiesz, że nie wolno ci się denerwować. Jestem pewien, że Liam musiał odpocząć i został chwilę z Hazzą. Zaraz przyjdzie, spokojnie.- mamrotał na wpół przytomny. Widziałam jak zmęczony był. Tego było po prostu za dużo. Nawet dla nas- rodzeństwa, które przeszło w życiu więcej niż niejeden dorosły. 
- Lou, ja się martwię. Nie wybaczę sobie, jeżeli coś im się stało, rozumiesz?- nawet nie wiem, kiedy po moich policzkach zaczęły spływać strugi łez. Wtuliłam się w brata, który położył się obok mnie i cicho szlochałam. Bałam się, że nie dam sobie z tym rady. Im szybciej to rozwiążemy, tym lepiej. Ale jak na razie nie zapowiadało się na szybkie zakończenie. To był dopiero początek. Czułam to. 


MAMY  SOBIE PONIEDZIAŁKOWĄ 7 :)
OD RAZU MÓWIĘ- MI OSOBIŚCIE ŚREDNIO PODOBA SIĘ TEN ROZDZIAŁ, ALE OCENĘ POZOSTAWIAM WAM :)
PRZEPRASZAM ZA TĄ CHOLERNIE DŁUGĄ NIEOBECNOŚĆ, MACIE POZWOLENIE NA ZABICIE MNIE. 
A TERAZ JUŻ TAK ZUPEŁNIE SERIO. WIECIE JAK TO NA WAKACJACH. WYJAZDY, SPOTKANIA ITD. 
MAM NADZIEJĘ, ŻE ROZDZIAŁ PODOBA SIĘ BARDZIEJ NIŻ MI ♥
A TERAZ PROŚBA. 
JEŻELI CZYTASZ, POSTAW W KOMENTARZU '.' WYSTARCZY MI TA KROPKA. PO PROSTU CHCĘ WIDZIEĆ ILE OSÓB CZYTA. LICZNIK ODWIEDZI MÓWI CO INNEGO, A LICZBA KOMENTARZY CO INNEGO.
KOCHAM WAS ♥ ~ Muuertoo


niedziela, 30 czerwca 2013

* NOTKA INFORMACYJNA*

Dzień dobry kochani ♥

Ze względu na liczbę informacji jaką mam Wam do przekazania, notkę podzieliłam na 3 punkty: 'wystrój', 'nowe zasady i terminy' oraz 'coś dla Was'.
POMIMO PODZIAŁU, PROSZĘ O PRZECZYTANIE CAŁEJ NOTATKI..
  1. WYSTRÓJ.
    Jak już zapewne zauważyliście, zmieniłam wystrój needa. Całość (tło, układ, nagłówek) została pobrana z 
    http://szablonownica.blogspot.com Serdecznie polecam tego bloga. Wszystkie szablony są wykonane z niesamowitą dokładnością, każdy detal jest przemyślany. Jest możliwość zamówienia szablonu z konkretnymi zdjęciami oraz dodatkami/efektami. Nawet jeżeli nie wiecie jak zainstalować i użyć go na swoim blogu- macie dokładną instrukcję, krok po kroku :)
    Mam do Was pewną prośbę, a raczej pytanie. Jak Wam się podoba nowy wygląd needa? co chcielibyście zmienić? Co dodać/usunąć/zmienić? Możecie napisać w komentarzu, na moim gg [20772295], twitterze 
    https://twitter.com/Muuertoo lub ask'u http://ask.fm/karmelovaa
    Teraz mam też prośbę. Mianowicie, mam pewien problem ze zmianą wyglądu na blogu. Chodzi mi tu, że pasek z np.: 'archiwum', 'kontakt', 'bohaterowie' itd. chciałabym przenieść pod nagłówek. Siłuję się z tym od samego początku i po prostu nie wiem jak mam to zrobić. Jeżeli byłby ktoś tak miły i pomógłby mi z tym, byłabym bardzo wdzięczna. Z pewnością jakoś się odwdzięczę :) 
  2. NOWE ZASADY I TERMINY.
    Zaczęły się wakacje, jak z resztą każdy już zdążył zauważyć. Chodzi mi o to, że będę miała o wiele więcej czasu. Ostatnio zaniedbałam troszkę needa ze względu na wiele sprawdzianów, poprawek, zdawania. Mam nadzieję, że mnie rozumiecie.
    Więc, tak jak już mówiłam rozdziały będą pojawiać się częściej, co nie oznacza, że codziennie. Wydaje mi się, że częstotliwość dodawania nie będzie wykraczać poza 2 dni; jeden dzień na napisanie, drugi na sprawdzenie, pozmienianie zdań. Z resztą ja też potrzebuję trochę wolnego :).
    Mam też kolejne pytanie. Czy wolicie, żeby rozdziały były dodawane w takiej objętości jak teraz i co dwa dni, czy żeby były krótsze i dodawane codziennie? Oczywiście mogę się dostosować do waszej decyzji :)
    Teraz zmiana zasad. Jeżeli masz bloga na blogspocie, a jesteś informowany o nowych rozdziałach na twitterze, bardzo proszę, dodaj mnie do 'blogów obserwowanych'. Jest coraz więcej osób, które proszą mnie o informowanie na twitterze. Jest to miłe, ale też pracochłonne. Więc jeżeli Masz taką możliwość, dodaj mnie do obserwowanych :)
  3. COŚ DLA WAS.
    Kochani, z okazji rozpoczynających się wakacji, chciałabym Wam wszystkim życzyć mnóstwa świetnej i bezpiecznej zabawy, imprez do rana, biwaków, campingów, najlepszych kolonii, udanej pogody, poznania wielu, nowych, wspaniałych ludzi, spotkania idola, masy koncertów i tego co najlepsze ♥ Bawcie się póki możecie X



    Pozdrawiam, Muuertoo ♥

środa, 26 czerwca 2013

*ROZDZIAŁ 6*

BARDZO, BARDZO PROSZĘ O PRZECZYTANIE NOTKI POD  ROZDZIAŁEM! 

Miłego czytania~ Muuertoo ♥

   Louis
  

   Ta cała sytuacja była tak paradoksalna, że aż śmieszna. Osoba, której jeszcze miesiąc temu nie znałem, którą dwa dni temu byłem gotów zabić, dzisiaj nie chciała wyjść z mojej głowy. Czy wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia? Teraz tak. Ten moment, kiedy zobaczyłem go na imprezie. Wyglądał na tak niewinnego, że aż nieprawdziwego. Nikt nie ma prawa tak wyglądać. No może poza NIM. Te ciemne loki, zielone oczy, w których wtedy malował się strach zmieszany z dezorientacją, idealna figura. I nóż. Nóż, który w ogóle do niego nie pasował. To tak, jakby aniołowi wepchnąć do ręki pistolet, PARADOKS. Jak to możliwe, że w ciągu tych dwóch dni, w moim życiu wydarzyło się więcej niż przez ostatnie 4 lata? Nie wiem. Sam nie mam pojęcia co się dzieje. To wszystko jest jak rollercoaster. Mimo, że jesteś zapięty i bezpieczny i tak krzyczysz bojąc się... No właśnie, czego? Wypadku? Upadku? Sam nie wiesz czego się boisz. Po prostu, czujesz strach, który wypełnia całe twoje ciało. Nie możesz nic z tym zrobić, bo pomimo twojego wrzasku, kolejka nie zwalnia. Chwila odpoczynku przypada na czas, w którym wjeżdżasz pod górkę. Ale dobrze wiesz, że trzeba z niej zjechać, że trzeba ponownie się rozpędzić. Wtedy następuje pętla. Wszytko wywraca się do góry nogami. Punkt kulminacyjny. Największy strach, a jednocześnie największa zabawa. Pomimo lęku, po skończeniu jazdy masz ochotę na więcej. Tak właśnie teraz czuję się ja. Nie wiem co się ze mną dzieje, nie panuję nad sobą, ale jakaś dziwna siła nakazuje mi brnąć w to dalej. 


***
  - Harry, musimy pogadać.- zacząłem dosyć  pewnie.
- O czym? Widzisz jakiś powód, dla którego mielibyśmy rozmawiać? Bo ja nie.
- Herreh, proszę cię, daj mi to wyjaśnić...- moja desperacja była tak słyszalna, że aż nawet namacalna.
- Nie.- spuścił wzrok i ściszył ton głosu do szeptu.
- Har...
- Nie! Nie dociera do ciebie?! Nie chcę z tobą gadać! Nie mamy o czym gadać!- jego krzyk sprawił, że gwałtownie się cofnąłem. Chłopak wykorzystał to i zbiegł ze schodów uciekając w stronę pobliskiego parku. Chwilę zajęło mi otrząśnięcie się, więc, gdy ja zacząłem biec, chłopak był już przy bramie skwarku. 
Biegłem tak szybko, jak to było możliwe ale i to nie dawało wystarczających efektów. Harry oddalał się coraz bardziej, a ja nie mogłem nic z tym zrobić. Wtedy przed oczami pokazała mi się ta noc. Noc w którą spaliśmy na ławce. Jego łzy, moje słowa, jego zachowanie, nasz pocałunek, później cały potok niepotrzebnych słów. Louis, musisz to naprawić, teraz.
Nie wiem jakim cudem, ale nagle poczułem niesamowitą siłę w nogach, tak jakbym na nowo się urodził. Biegłem coraz szybciej i szybciej. Gdy byłem metr od Hazzy, mocno chwyciłem go za nadgarstek, aby się zatrzymał. Chłopak głośno jęknął z bólu i desperacko próbował się wyrwać, ale ja kurczowo trzymałem jego rękę. Wiedziałem, że przez to cierpi, ale to było jedyne wyjście, dzięki któremu porozmawiałby ze mną. 
- Harry, proszę, uspokój się...- starałem się mówić jak najciszej.
- Nie do cholery, nie uspokoję się! Puszczaj!- stawiał się celowo. Chciał mnie wyprowadzić z równowagi. Nie udało mu się to. 
- Ok, jeżeli po tym co ci powiem, nadal będziesz chciał odejść, pozwolę ci. Ale błagam cię, porozmawiajmy.- desperacko próbowałem zatrzymać łzy kumulujące się w kącikach moich oczu.
- Dobra, proszę, mów.- bąknął, jakby wszystko było mu obojętne, leniwie gestykulując wolną ręką. Postanowiłem poluzować uścisk. Chłopak szybko wysunął dłoń i potarł obolały nadgarstek, szybko naciągając rękaw bluzy tak, że wystawały mu tylko końcówki palców.
- Może usiądziemy?- zapytałem wskazując na ławkę kilka metrów dalej. Harry wywrócił oczami i powoli podążył w stronę wskazanego miejsca, ciągle krzywiąc się z bólu. on cierpi. Przeze mnie. 
- Nie, ja postoję.- odpowiedział, gdy ręką poklepałem miejsce koło mnie. 
- Ok, no więc... Harry.- głęboko odetchnąłem- najpierw pokarz mi tą rękę.- mówiąc to, wyciągnąłem dłoń w stronę chłopaka, ale ten momentalnie się odsunął. 
- Zwykła ręka, nic wielkiego. 
- Harry, wiem, że coś ukrywasz.- starałem się mówić spokojnym głosem.
- A niby dlaczego ma cię to obchodzić? Dlaczego ma cię obchodzić jakiś tam gej? Dlaczego ja mam cię obchodzić?- krzyczał i płakał jednocześnie.
- Bo cię kocham, kurwa! Słyszysz? Kocham cię i gdybym tylko mógł, wykrzyczałbym to całemu światu! Tak, kocham Harrego Stylesa od chwili, gdy go zobaczyłem!- poczułem jak ciepłe krople, spływają mi po policzkach- Harry- zacząłem już nieco spokojniej i ciszej- nie mogę, nie chcę o tobie zapomnieć. Ale jeżeli teraz powiesz żebym odszedł, zrobię to.- dokończyłem dławiąc się łzami. 
   Zielonooki milczał. Stał i wpatrywał się w moją sylwetkę, lustrując mnie wzrokiem, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół. Ciszę z jego strony odebrałem jednoznacznie. Wyminąłem go i zacząłem biec w stronę wyjścia z parku. Z czasem z szybkiego sprintu, zwolniłem do marszu. Szedłem i płakałem. W gruncie rzeczy, cieszyłem się, że park był pusty, bo nikt nie słyszał mojego głośnego łkania. Zachowywałem się jak dziecko i pomimo tego, że brakowało mi powietrza, chciałem alby te emocje wyszły na wierzch. Miałem nadzieję, że po tym będzie mi jakoś lepiej.  Nagle poczułem parę rąk oplatających mi talię. Zagłębienie w mojej szyi zostało wypełnione przez czyjąś głowę. Loki delikatnie połaskotały mnie po twarzy. To był Harry. Serce zaczęło mi bić ze znacznie większą prędkością, a oddech stał się niestabilny. Louis, nie, nie wydaje ci się, on tu jest. Zadrżałem, gdy usłyszałem jego szept, wpływający wprost do mojego ucha. 
- Wybierasz się gdzieś? 
Chłopak poluzował uścisk na tyle, że mogłem obrócić się do niego przodem. Ująłem jego twarz w dłonie, nie mogąc uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. 
- Al.. Ale ty przecież nie chciałeś...
- Przecież nic nie powiedziałem, że masz odejść, głupku- przerwał mi słodko się śmiejąc. 
- No, ale wtedy...
- Louis, to nie tak, że chciałem, żebyś odszedł. Jesteś moim narkotykiem, za który bym zabił, uzależniłem się od ciebie. Jesteś moim powietrzem, a jak mam żyć bez niego? 
   Do oczu napłynęły mi łzy, a usta zaczęły mocno drgać. Jeszcze nikt nigdy nie powiedział mi czegoś równie pięknego. Zieleń jego oczu działała kojąco na moje nerwy. Wszystko dookoła zniknęło. Byliśmy tylko ja i on, MY. Nie chciałem się odrywać od niego. Nigdy. Mógłbym tak spędzić resztę mojego życia, przytulonym do osoby, którą kocham. Tak kocham. Uwiadomiłem sobie to w chwili, w której go straciłem. 
Otrząsnąłem się, bo przypomniałem sobie o powodzie naszej kłótni. Ręka. Dobrze wiedziałem, że to dla nas obu będzie trudne, ale nie mogłem odkładać tego na później. Nadal wtulony w chłopaka, zacząłem rozmowę. 
- Harreh? 
- Mhm...- mruknął, dając do zrozumienia, że mnie słucha, więc kontynuowałem. 
- Pokażesz mi ten nadgarstek?- szepnąłem mu cicho, wprost do ucha.
Chłopak momentalnie się ode mnie odsunął i łapiąc za obolałe miejsce przecząco pokręcił głową. Szczerze mówiąc, okropnie zachciało mi się śmiać, bo wyglądał jak dziecko, które mówiło 'nie mamusiu, to nie ja zjadłem te ciastka, przysięgam'. Jednak powaga sytuacji nakazała nie okazywać tego typu emocji.
- Harry- próbowałem ponownie- dobrze wiesz, że chcę ci tylko pomóc. Ale daj do siebie dotrzeć, okej? Obiecuję, że nie zrobię nic, co miałoby ci zaszkodzić. 
   Chłopak zawahał się, co było widać po jego minie, ale w końcu podszedł kilka kroków do przodu i stojąc dokładnie w tym miejscu, w którym wcześniej mnie przytulał, wodził wzrokiem we wszystkich możliwych kierunkach, byleby nie popatrzeć mi w oczy. 
- Hej- podniosłem jego podbródek ta, aby patrzył na mnie- nie chcę robić nic wbrew twojej woli, więc pytam... Mogę zobaczyć? 
Oczy chłopaka automatycznie się zaszkliły. Mocno go przytuliłem, chcąc dodać otuchy. Poczułem, jak opierając się o moje ramię twierdząco kiwnął głową. Ująłem jego nadgarstek i podsunąłem rękaw bluzy aż do łokcia. Moim oczom ukazał się bandaż, przez który przebijała krew
- Nie, nie, nie, błagam, tylko nie to...- mruczałem pod nosem, starając się nie dopuścić do siebie myśli, że Harry mógł się ciąć. Postanowiłem odwinąć opatrunek. Starałem się robić to jak najdelikatniej, aby nie przysporzyć mu więcej bólu. Gdy zdjąłem bandaż ujrzałem mnóstwo krwawiących, świeżych ran. Musiały być zrobione niedawno. Najbardziej widocznie, bo najgłębsze było jedno nacięcie. Formowało się w kształcie litery 'L'. Podniosłem wzrok na łkającego chłopaka. Wykrztusił ciche 'przepraszam' i rozpłakał się na dobre. 
Lekko przysunąłem usta do ran chłopaka i złożyłem na nich delikatny pocałunek. Łzy utorowały sobie idealną ścieżkę na moich policzkach. Nie mogłem sobie wybaczyć, że Harry przeze mnie się ciął. Przeze mnie się samookaleczał. To tak, jakbym sam, powoli go zabijał. Nie, nie pozwolę na to. Już nigdy więcej to się nie wydarzy. 
- Harry, za co ty mnie przepraszasz?- wyszeptałem- to ja cię przepraszam. Słyszysz? To wszystko moja wina, nie wiem jak ja mogłem na to pozwolić... Harry, ja cię kocham. Błagam, obiecaj mi, ze już więcej tego nie zrobisz, dobrze? Jesteś dla mnie ważny, bardzo ważny. Nie chcę, żeby coś ci się stało.- wyszeptałem z trudem łapiąc oddech.
   Chłopak patrzył na mnie chwilę, jakby odtwarzał sobie w głowie moje słowa na nowo i na nowo. Nagle na jego twarzy zagościł piękny uśmiech ukazujący urocze dołeczki, w których już zdążyłem się zakochać.
- Louis, dziękuję. Za wszystko
Przyciągnął mnie do siebie, łapiąc za dolną część pleców. Po krótkiej wymianie spojrzeń złączył nasze usta w namiętnym pocałunku.Gdy chłopak już się ode mnie oderwał, szeroko się uśmiechnął. Chyba cieszył się z takiego rozwoju sytuacji, zupełnie tak jak ja. 
- Harry, bo ten. Musimy iść do May, ona mi nie wierzy, że nic ci nie zrobiłem....
- Co?!- szerzej otworzył oczy- Mayah myśli, że mnie pobiłeś? Dlaczego?
- No bo... No bo tak jakoś...- próbowałem ominąć niezręczny temat. 
- Loui, teraz ty coś ukrywasz!
- Bo... No bo zdarzyło mi się pobić kilku gości, którzy byli dupkami w stosunku do niej- wydukałem, spuszczając wzrok.
- L...Louis, a czy któremuś z nich stało się, no wiesz... Coś poważnego? 
- Nie! No tylko jeden miał złamaną rękę i miednicę. Ale tego nie chciałem, przysięgam!- zacząłem się tłumaczyć, sam nie wiedząc jak.
- To dobrze- mruknął mi w usta, całując. Splótł nasze palce i wolnym krokiem udaliśmy się w stronę wyjścia z parku. Nie mogłem przestać na niego patrzeć. Był piękny, niesamowity i mój, tylko mój. Mimo różnicy wieku świetnie się dogadywaliśmy: wspólne zainteresowania, hobby, ta sama szkoła.
   Zanim się obejrzałem, byliśmy już pod bramą. Pocałowałem go w policzek i uwolniłem rękę z uścisku. Nie chciałem, żeby ktokolwiek nas widział, na razie. To wszystko stało się za szybko. 
- Okej, rozumiem. Chcesz się do tego przygotować- odpowiedział, przerywając moje długie milczenie. Jakby czytał mi w myślach, dosłownie. Uśmiechnął się szeroko, ukazując rzędy śnieżnobiałych zębów. 
- No wiesz...- skrzyżował ręce na klatce piersiowej i przeniósł cały ciężar ciała na lewą stopę- w sumie, za jeszcze jednego buziaka, zapomniałbym o tym wszystkim...
Wywróciłem oczami i przybliżyłem usta do jego policzka, ale on w ostatnim momencie odwrócił głowę i złączył nasze wargi.
- Uhg, Harreh!- wymruczałem z udawanym wyrzutem.
-No przepraszam, nie mogłem się oprzeć...- wydukał, łapiąc się za brzuch ze śmiechu. Co go tak rozbawiło do cholery? Serio jestem aż takim złym aktorem? 
- Tak, baaardzo źle udajesz, bardzo.- Jak on to robi? Chłopak odpowiedział na pytanie zadane w myślach... Znowu. To zaczynało być straszne. 
   Przytuliłem go mocno i ruszyliśmy w stronę szpitala. Było samo południe, a co za tym idzie, ogromne korki, tysiące zabieganych ludzi, setki spokojnych spacerowiczów i rowerzystów. Początkowo mieliśmy zamiar pojechać taxówką, ale po przemyśleniu, doszliśmy do wniosku, że o wiele szybciej będzie się tam dostać pieszo. Gadaliśmy, śmialiśmy się i szturchaliśmy. Wyglądaliśmy jak normalni kumple... Chyba. Po drodze zahaczyliśmy o starbucks'a żeby kupić mrożoną kawę dla May. Oczywiście zamówiliśmy też coś dla siebie. Niestety, zanim doszliśmy do celu, napój dla siostry wylądował na chodniku, przez jakiegoś skatera. Pozer. 
Nim się obejrzeliśmy, byliśmy już pod szpitalem. Zacząłem się porządnie denerwować. Nie wiedziałem jak zareaguje Mayah. Niby Harremu nic nie zrobiłem, przynajmniej nie fizycznie, ale i tak może mieć mi za złe kłamstwo. Nie dziwię się jej.  Sam mam je sobie za złe. Mogłem przecież powiedzieć jej całą prawdę. No właśnie, mogłem? 

   Mayah


   Zdziwiłam się widząc kilkunastu lekarzy stojących nade mną. Początkowo nie wiedziałam co się dzieje, ale już po chwili przypomniałam sobie całą sytuację. Straciłam przytomność. Chyba. W sumie nie było innego wytłumaczenia, jakie w tej chwili przychodziło mi na myśl. 

Co do lekarzy. Ich obecność szczerze mnie irytowała. Gapili się w te monitorki, co chwilę przypinali nowe kabelki do mojego ciała, zadawali wręcz oczywiste pytania. To było denerwujące. 
Co kilka minut rzucałam okiem na Liama siedzącego na kanapie naprzeciwko. Nie stał przy łóżku, bo nie chciał przeszkadzać specjalistom. Szczerze mu za to dziękuję, bo gdyby jeszcze on gapił się na mnie jak na dwugłowego jednorożca to chyba bym oszalała. 
- Proszę dopilnować, aby dużo odpoczywała i pod żadnym pozorem nie wstawała z łóżka. Dawka snu dobrze by jej zrobiła. To co się zdarzyło to efekt przemęczenia i zbytniego wysiłku w krótkim czasie po operacji. Nie jest to nic groźnego, aczkolwiek lepiej unikać takich incydentów. Cóż, najważniejsze aby dużo leżała i odpoczywała. My postaramy się skontaktować z matką .- lekarz tłumaczył to wszystko Liamowi, bo chyba zauważył, że mam go dosyć i i tak bym go nie słuchała. Bystry chłopak, bystry...
   - A nie mówiłem, żebyś nie wstawała? Nie, przecież ty zawsze musisz być najmądrzejsza, prawda? Wiesz czym to groziło? Czy ty mnie w ogóle słuchasz?- Li nie zamykał się od wyjścia lekarzy z sali. Był wprost wściekły za to, że go nie posłuchałam. Powinien się przyzwyczaić, nigdy nikogo nie słucham. 
- Oh, skarbie, nie złość się. Wiesz dobrze, że byłam tak wściekła na Lou, że i tak bym nie wysiedziała w tej chorej sali.- odpowiedziałam wywracając oczami- a, własnie. Wiadomo co u Louisa? Dzwonił?
- Tak, napisał mi smsa. Powiedział, ze wszystko idzie zgodnie z planem. Nie wiem co za plan, ale chyba dobrze, jeżeli zgodnie z planem.
- Liam...
- Hmm?- zamruczał dając do zrozumienia, że mogę mówić dalej.  
- Martwię się.
- Ale o co kochanie?- zapytał ściągając buty i kładąc się koło mnie.
- O to, że potraktowałam Louisa zbyt, no wiesz... Chamsko. Nie powinnam taka być. Jeżeli mnie okłamał, to miał ważny powód. Zachowałam się jak rozwydrzony gówniarz. I wiesz co jest najgorsze? Loui jest taki, że zrobi wszystko, żeby odzyskać moje zaufanie. Wszystko. I tego właśnie się boję. - Odpowiedziałam, wtulając się w jego ciepły tors. 
- Hej, da sobie radę. Przecież to twój brat. Twój. Macie podobne charaktery, nie da się.- oboje wybuchnęliśmy śmiechem. 
   Rozmowę przerwał nam telefon Liama, który natrętnie dzwonił już od kilku minut. Początkowo nie chciałam, żeby chłopak go odbierał, ale po dziesiątym razie zmieniłam zdanie dla świętego spokoju. 
- Halo? Tak... No okej... Nie, wszystko dobrze. To znaczy straciła przytomność... Spokojnie, już okej... No dobra... Za chwilę będę...- prowadził z kimś rozmowę oddalając się od łóżka. 
- Kochanie, mam dla ciebie niespodziankę. Zaraz wracam.
- Ale ja nie lub...- nie zdążyłam dokończyć bo chłopak wybiegł już na korytarz. Wyglądał na podekscytowanego, a zarazem zdenerwowanego. Dziwne...
   Wpatrywałam się w te szklane drzwi już od kilku minut i... No właśnie, i nic. Przechodziło kilka pielęgniarek, lekarzy, salowych. Nic co mogłoby spełniać rolę niespodzianki. Chyba, że ktoś lubi dostawać prywatną pielęgniarkę. Zaczęło mi się nudzić, a co za tym idzie, chciało mi się spać. Nie mogłam z tym walczyć, więc po prostu zakryłam się kołdrą po sam noc i zasnęłam. 
***
- Kochanie, obudź się. Już jestem.- Liam delikatnie gładził mnie po policzku, powoli wybudzając ze snu. 
- Il... Ile spałam?- zapytałam z jeszcze zamkniętymi oczami.
- Jakieś pół godzinki. Wstawaj już, bo mam tą niespodziankę.- momentalnie rozszerzyłam powieki, a poje pole widzenia znacznie się powiększyło. Przejechałam wzrokiem całą salę, ale nie zauważyłam owej 'niespodzianki'. 
- Okej, nic tu nie ma. O co ci chodzi?
- Zaraz zobaczysz.- odpowiedział podchodząc do drzwi.- okej, chodźcie, obudziła się- krzyknął wychylając głowę na korytarz. Byłam zupełnie zdezorientowana. Nagle do sali wszedł Louis, a zaraz za nim Harry. Moja dezorientacja osiągnęła poziom maksymalny. Mimo, że nie wiedziałam o co chodzi, ucieszyłam się na widok obu chłopaków. Ucieszyłam, to mało powiedziane. Miałam ochotę skakać z radości, ale jak wiadomo, jedyne co mogłam to ich przytulić. 
Rozmawialiśmy dosyć długo. Harry wyjaśnił całą zaistniałą sytuację, choć widziałam że Liam nadal mu nie ufał. Gdyby nie ja, zapewne by się na niego rzucił z pięściami. 
Jednak nie to najbardziej mnie zastanawiało. Louis. Był zupełnie inny: cichy, zamyślony. Jakby się czegoś bał. Przecież nie miał czego, już dawno mu wybaczyłam. A może tu nie chodzi o mnie? 
   - Kochanie, bardzo cię przepraszam!- mama wbiegła do sali i płacząc mocno mnie przytuliła. Chłopcy znacząco na siebie spojrzeli i wyszli. Liam bezgłośnie powiedział że idą do kawiarni, na co ja kiwnęłam głową.
- Mamo, nie musiałaś się urywać z pracy, ty;lko po to żeby do mnie przyjechać.- powiedziałam ocierając jej łzy.
- May, jesteś dla mnie najważniejsza. Ty i Louis jesteście całym moim światem. Straciłam was raz, nie pozwolę na kolejny.- tym razem to ja się rozkleiłam. Od dawna potrzebowałam mamy. Choćby do tego. Do tego, żeby popłakać sobie mocno się przytulając. Oczywiście, często płakałam przy Lou, ale to nie to samo. 
- Jak się czujesz?  Wszystko już w porządku? Lekarze do mnie dzwonili. Mówili także, że będziesz przesłuchiwana, oczywiście jeśli tylko chcesz.- zasypywała mnie tysiącami pytań, znacznie się uspokajając. 
- Już lepiej, dziękuję. A co do przesłuchania, nie wiem, czy jestem na to gotowa. 
- Rozumiem. Nie będziemy na ciebie naciskać. Zrobisz co będziesz chciała. Po prostu chcemy jak najszybciej złapać tego bruta...- rozmowę przerwał wchodzący do sali lekarz. 
- Pani Mayah Tomlinson?- zapytał sprawdzając coś w karcie.
- Tak to ja.
- A pani to...?- zwrócił się do mamy. 
- Amanda Tomlinson, mama May.- odpowiedziała pytająco zerkając w moją stronę.
- Oh, mama. Jeżeli mógłbym prosić panią na słówko. Mamy pewne wyniki badań...
- Niech pan mówi przy córce. Nie mamy przed sobą tajemnic, a jeżeli dobrze rozumiem chodzi tu o jej zdrowie-  przerwała mu szeroko się uśmiechając. 
- Tak więc... Ekhem- odchrząknął, zaznaczając, że ogłosi coś bardzo ważnego. No dawaj stary, nie mam całego dnia.- Patrząc na wyniki badań, które dzisiaj otrzymaliśmy, Mayah nie ma żadnych obrażeń wewnętrznych, co oznacza, ze nie została zgwałcona, jako jedyna z tych czterech dziewczyn. Najwidoczniej sprawca nie zdążył tego zrobić. To tyle z mojej strony, dziękuję.- odwrócił się na pięcie i wyszedł. Nie wiedziałam co mam zrobić. Krzyczeć czy płakać ze szczęścia. Mimo, że tego nie okazywałam, bardzo bałam się wiadomości, że zostałam zgwałcona. Nie chciałam, żeby mój pierwszy raz wyglądał W TEN sposób. Mama zaczęła cicho płakać, a ja zaraz za nią. 
- Tak się cieszę! Kochanie, nawet nie wiesz jaka to ulga.- szlochała mocno mnie przytulając. Gdy obie się uspokoiłyśmy, zaproponowała, że pójdzie do automatów po kawę. Zgodziłam się, więc zabierając portfel, szybko wyszła z sali. Patrząc na oszklone drzwi, zauważyłam kilku policjantów przechadzających się po korytarzu. Czego oni tu szukają? 
Zanim się obejrzałam mama wróciła z dwoma kubkami brązowego płynu. Od razu zauważyłam, ze coś jest nie tak.
- Mamo, o co chodzi?- zapytałam odbierając naczynie.
- Zaraz sama zobaczysz. 
Nie zdążyłam zadać kolejnego pytania, bo do sali ponownie wszedł lekarz. Tak jak poprzednio głośno odchrząknął i zaczął swój monolog. 
- Panno Mayah...
- Po prostu May- przerwałam. Nie lubiłam gdy ktoś zwracał się do mnie tak oficjalnie.
- Więc, May. Policja przesłuchuje dziewczynę, która trafiła razem z tobą z tej imprezy. Już kończą i pytają, czy ty też zgadzasz się na opisanie przebiegu wydarzeń z tamtej nocy. Oczywiście nie będziemy naciskać. Ale im szybciej, tym lepiej. Co prawda policja ma już swojego podejrzanego, ale twoje zeznania będą kluczowe dla tej sprawy.
- Czy można wiedzieć, kto jest podejrzanym?
- Jakiś dziewiętnastolatek. Z tego co słyszałem ma na imię Harry. Tyle wiem w tej sprawie.- odwrócił się i wyszedł.
   Zamarłam. Czyli policja już wie o Harrym. Genialnie. Policja robi sobie przechadzkę po szpitalu, a ja nic nie mogę z tym zrobić. 
- Mamo, chcę zeznawać. Teraz.
***
   Po niespełna piętnastu minutach w mojej sali pojawiła się grupa policjantów ubranych w służbowe mundury. Każdy z nich grzecznie się przedstawił. Jeszcze raz upewnili się, że chcę być przesłuchiwana. Oczywiście składanie zeznań miało odbyć się przy mamie, bo nie byłam pełnoletnia. 
Najstarszy z mężczyzn zaczął zadawać mi pytania. Na wszystkie odpowiadałam zgodnie z prawdą, bo przecież tylko tak mogłam pomóc Harremu. 
- Więc tańczyłaś z panem Stylesem, gdy on w pewnym momencie poszedł do toalety, tak? 
- Dokładnie tak. W sumie ja też poszłam do WC. Po powrocie spotkaliśmy się przy barze. Po chwili Harry zorientował się, że w łazience zostawił telefon, więc się po niego wrócił. Ja napiłam się soku i zachciało mi się spać. Później obudziłam się tutaj.- odpowiedziałam na jednym wydechu. Bałam się. Bałam się jak cholera, że powiem coś co obciąży Loczka. Miałam nadzieję, że zeznanie całej prawdy pomoże w odnalezieniu autentycznego sprawcy. Policjant jeszcze kilka sekund dziwnie mi się przyglądał. Później zanotował coś w notesiku, podziękował i wraz z całą eskortą opuścili moją salę. Głęboko odetchnęłam. Cieszyłam się, że miałam to już za sobą. Może teraz Harry przestanie być podejrzanym. O cholera Harry! 
Podniosłam się jak oparzona. Przecież policji jest tu więcej niż na posterunku, obstawili każde wejście, a Styles siedzi na kawce. Jak go zobaczą to po nim, nie ma jak uciec. 
- Mamo, ja muszę do toalety.- odpowiedziałam powoli się podnosząc. 
- Pójść z tobą?
- Nie!- powiedziałam trochę głośniej niż powinnam- Nie trzeba, dam sobie radę.- posłałam ciepły uśmiech- zaraz wracam.
Powoli podeszłam do szklanych drzwi i jednym machnięciem je odsunęłam. Cały czas czułam na sobie wzrok mamy. Nie pokazuj, ze cię boli, dalej May, dasz radę. Wyszłam i nie zważając na ból coraz szybciej podążałam w stronę kawiarni. Akurat przechodziłam obok sali tej dziewczyny z imprezy. O mój Boże, ile policji. Naprawdę. Aż roiło się tam od niebieskich mundurów. Tym bardziej musiałam się jak najszybciej dostać do kawiarni. Wymijając wszystkich pacjentów, lekarzy. no i oczywiście policjantów, dotarłam do celu. Na szczęście jeszcze są. Olewając ból brzucha, wbiegłam do środka.
- Harry, już są. Uciekaj. 

____________________________________________________________

Witam Was wszystkich! ♥

Nawet nie wiecie, jak mi przykro z powodu mojej nieobecności. Wynika to z popraw ocen, sprawdzianów itp. Chyba mnie rozumiecie.  Miałam nawet zamiar zawiesić bloga, ale jakoś obeszło się bez tego. No więc mamy już 6. JAK TO SZYBKO ZLECIAŁO :O . Pamiętam, jak dopiero zaczynałam z prologiem, a tu proszę, już 6! Ok, więc ma do Was kilka spraw. 
1 TEN ROZDZIAŁ JEST DEDYKOWANY WSPANIAŁEJ MARTYNIE (@OnlyAngleOfDark) I MOJEJ KOCHANEJ PAULINCE (@Paulinka591) KOCHAM WAS BARDZO I DZIĘKUJE ZA MOTYWACJE I KOPNIAKI W DUPE! ♥♥♥
2  Jeżeli chcecie być informowani o nowych rozdziałach, to podajcie nazwę na Twitterze w komentarzu :) 
3  Piszcie co Wam się podoba/ nie podoba. Ten blog jest własnie dla Was, nie dla mnie. 
 NO I OCZYWIŚCIE DZIĘKUJĘ WAM BARDZO ZA WYROZUMIAŁOŚĆ I CIERPLIWOŚĆ, JESTEŚCIE NIESAMOWICI ♥ KOCHAM WAS ♥

CZYTASZ=KOMENTUJESZ