Obudziłam się. Ze snu wyrwał mnie irytujący dźwięk pikania, który wydawała jakaś maszyna tuż nad moją głową.Byłam tak słaba, że z trudem otworzyłam oczy. Rażące światło wpadało przez okno do białej, choć przytulnej sali. Nie wiedziałam gdzie jestem. Rozglądałam się z bólem przekręcając głowę. Gdy już całkiem się wybudziłam i zaczęłam zdrowo myśleć zrozumiałam, że jestem w szpitalu.
Chciałam wstać, ruszyć się, zawołać kogoś, no cokolwiek, ale ruchy blokowały mi jakieś rurki i kabelki poprzypinane go mojego ciała. Czułam się fatalnie. Wszystko mnie bolało. Wydawało mi się, ze przejechał po mnie tir. Najgorsze, że byłam sama. Nikt przy mnie nie siedział, nikt nie czekał. W sumie nie zaskoczyło mnie to. Od zawsze byłam sama. No prawie sama. Miałam starszego brata- Louisa. Kochałam go nad życie., nadal kocham. Jest jedyna osobą, w której mam wsparcie. Zastępuje mi mamę, tatę, przyjaciół rodzinę, wszystkich. Dlaczego zastępuje mi rodzinę? Gdy byłam mała, malutka, ojciec był wysoko postawionym biznesmenem. W domu zawsze było coś do jedzenia, a sam dom , to nie był dom. To była willa. Pieniędzy nigdy nam nie brakowało, właściwie to mieliśmy ich za dużo. Mama była dobra, zawsze pomagała ludziom z ulicy, żebrakom wrzucała jakieś banknoty. Ojciec nienawidził tego. Zawsze krzyczał na mamę, kilka razy nawet pobił. Nie wytrzymała tego. Postanowiła odejść.
Oczywiste było to, ze w sądzie przegra rozprawę. Co ona mogła? Nie miała własnych pieniędzy, bo wypłaty z jej kancelarii szły na konto taty, które on przed rozprawą zamknął. Ojciec miał sztab najlepszych prawników. Pamiętam jak przed wejściem na sale rozpraw powiedział do mamy: 'Zobaczysz, zgnoję cię szmato.' Udało mu się to. Mama została uznana winną rozwodu, a my trafiliśmy do ojca. Nie mogliśmy nic z tym zrobić, bo co mogą jakieś kilkulatki? Kochaliśmy mamę, ale od sadu dostaliśmy nakaz, ze nie możemy się nawet z nią widywać. To było okropne...
Początkowo nie było aż tak źle. Oczywiście brakowało nam matczynej opieki, ale tata wynajmował nam niańki, kupował to co chcieliśmy i ile chcieliśmy. Wiadomo, dzieci, jak to dzieci, polecieliśmy na to. Ale z czasem było coraz gorzej. Ojciec nie radził sobie z wychowaniem dorastających dzieci. Dla niego jedynym wyjściem była siła. Za każdym razem gdy nas uderzył, szedł do baru, pił do upadłego, a gdy wracał był jeszcze bardziej niebezpieczny. Z czasem przyzwyczailiśmy się do widoku zataczającego się ojca. Najbardziej nas jednak dziwiło, że nie tracił pracy. Oczywiście pieniądze nadal mieliśmy, ale większość szła na alkohol. Raz Lou ukradł tacie kartę kredytową i wybrał z banku kilka tysięcy. Gdyby nie to, pewnie nie mielibyśmy za co kupić jedzenie.
Z wiekiem stawał się coraz bardziej niebezpieczny. Kilka razy uderzył mnie kablem, jakimś patykiem, mokrą szmatą. Najgorsze było jednak, gdy rzucał w Nas jakimiś przedmiotami np talerzami. Dwa razy trafiłam przez niego do szpitala. Wtedy przychodził do mnie jako kochający ojczulek, przytulał, mówił 'moja maleńka, moja kochana'. Nienawidziłam jego zapachu, zapachu jego perfum, tego jego szpanerskiego ubioru.
Co z Lou? Louis zawsze stawał w mojej obronie za co zbierał podwójne lanie. Był jak mój Anioł Stróż. Gdyby nie on, leżałabym już w kostnicy, bo albo ja sama bym ze sobą skończyła, albo ojciec by mnie zakatował. Lou chował mnie w swoim pokoju, gdy ojciec chodził i mnie szukał, żeby mi wlać ( zazwyczaj bił mnie, nawet o błahostkę, o 5-cio minutowe spóźnienie).
Mama. Mama natomiast pisała do nas listy. Każdy zaczynał się tak: 'Nie wiem, czy jeszcze mieszkacie pod tym adresem'. Nie wyprowadziliśmy się z Doncaster, więc każdy list do nas dochodził. Musieliśmy jednak uważać, aby ojciec nie zauważył listonosza, bo źle by to się skończyło. W każdym liście mama pisała, że musimy jeszcze wytrzymać, ale obiecuje, ze po nas wróci, ze przyjedzie, ze uwolni od niego...
Moje rozmyślenia przerwał Lou, który właśnie wszedł do sali. Gry mnie zobaczył osłupiał. Stał i patrzył jakby zobaczył ducha. Dopiero po chwili wpadł w moje ramiona. Przytulaliśmy się tak chyba z dziesięć minut. Pierwszy raz zobaczyłam jak płakał. Prawdziwie płakał. Ja też rozbeczałam się jak dziecko.
- Przepraszam Cię, ze mnie nie było jak się wybudziłaś. Byłem w szkole, ale zaraz po lekcjach tu przybiegłem. W sumie to robię to codziennie. - zaczął rozmowę ocierając łzy.
- Jak to codziennie?
Nie zdążył mi odpowiedzieć, bo do sali weszła pielęgniarka, a jej reakcja była taka sama jak Lou. Zawołała lekarza. On podszedł do mnie z niedowierzaniem i zaczął badać. Byłam bardzo zdziwiona ich reakcją. Nic nie rozumiałam. Po skończonych badaniach lekarz zaczął rozmowę.
- Pamiętasz jak się nazywasz?
- To mają być jakieś żarty?- odpowiedziałam zdenerwowana.
- No pamiętasz czy nie?
- Tak pamiętam, nazywam się Mayah Tomlinson, uszczęśliwiło to pana?
- O widzę, że pyskata z Ciebie niunia. To dobrze, bo dzięki tej swojej sile przeżyłaś.
' bo dzięki tej swojej sile przeżyłaś' - te słowa brzmiały mi w uszach po wyjściu pielęgniarek i lekarza. Zostałam tylko ja i Lou. Nie odzywałam się, byłam zamyślona. Postanowiłam dowiedzieć się, co mi się tak naprawdę stało. Brat opowiedział, że zostałam ugodzona kilka razy nożem w brzuch, porzucili mnie przed moim domem. W śpiączce byłam przez sześć miesięcy i mało kto dawał mi jakiekolwiek szanse na przeżycie. W końcu przebite płuca to nie byle co. Zrozumiałam, ze chyba pierwszy raz w życiu miałam szczęście, bo gdyby napastnik trafił nożem centymetr wyżej, trafiłby w serce. SZEŚĆ MIESIĘCY W ŚPIĄCZCE. To było przerażające, ale gdy się zastanowiłam to stwierdziłam, że mogła to być prawda, bo ostatnie wspomnienie jakie mam jest z zimy a teraz jest koniec lata.
Zrozumiałam tez, ze mam najlepszego brata na świecie. Przychodził codziennie, CODZIENNIE. Mimo to, ze fizycznie mnie tu nie było, on wierzył, że słyszę, jak do mnie mówi. I miał rację, przez cały tez czas miałam dziwny sen, że z kimś rozmawiam.
Już po kilku tygodniach doszłam do siebie. Mogłam wstać i chodzić po szpitalu w czasie gdy Lou był w szkole bo cały pozostały czas oczywiście spędzał ze mną. Ludzie tu byli mili i uprzejmi. Mimo tak ciężkich chorób zawsze się uśmiechali. Raz gdy odnosiłam tacę po śniadaniu na stołówkę, zaszłam w część szpitala, w której nigdy nie byłam. Czułam się tam strasznie. Wszędzie ciemno, zimno, wręcz mrocznie. Normalny człowiek zawróciłby do swojej przytulnej sali, ale mi coś kazało iść dalej. Szłam, szłam przez długi korytarz. Wszędzie drzwi były zamknięte, tylko w jednej uchylone. Weszłam tam.
Zobaczyłam leżącego chłopaka. Wydawało mi się, ze spał. Był dosyć ładny. Blondyn, troszkę piegowaty, o jasnej cerze, zgrabny, wysoki. Spodobał mi się. Nie wiem co mnie tknęło, ale podeszłam do jego łóżka i usiadłam. Siedziałam tak i patrzyłam na niego jakieś dwadzieścia minut. Gdy wybudziłam się z tego transu, zaczęłam obserwować jego salę. Było tam ciemno, ponuro i nieprzyjemnie. Ten pokój w ogóle nie przypominał mojej sali. Zdziwiłam się dlaczego tak jest.
Postanowiłam coś z tym zrobić. Odsunęłam zasłony, przetarłam ściereczką półki, posprzątałam. Dziwiło mnie jednak to, ze pomimo, ze narobiłam spory hałas, on się nie obudził. Oparłam się o ścianę i obserwowałam go nadal. Widziałam, ze oddycha, ale nic poza tym. Zorientowałam się, że nawet nie wiem jak ma na imię. Jedyne co znalazłam to jakiś plecak leżący pod jego łóżkiem. Gdy już miałam zajrzeć do środka, do sali weszła pielęgniarka. Myślałam, ze dostanie mi się za to, że tam weszłam, ale ona spokojnie podeszła do nieznajomego, poprzypinała jakieś rurki, niektóre odpięła. Zachowywała się, jakby mnie nie zauważyła. Postanowiłam się dowiedzieć nieco o tym chłopaku. Zapytałam kto to jest, jak się tu znalazł, ile ma lat, ale odpowiedź dostałam na jedynie jedno pytanie. Pielęgniarko powiedziała, że próbował popełnić samobójstwo. Przeciął żyły. Z trudem go uratowano, ale już od ośmiu miesięcy jest w śpiączce. Zasmuciło mnie to, ze siostra powiedziała, że nie wiadomo czy się wybudzi, ale w sumie, jeżeli ja się wybudziłam to on też. Zapytałam także o salę, dlaczego tu jest tak ciemno i ponuro. Odpowiedzi się nie spodziewałam. Okazało się, ze nikt nigdy go nie odwiedził, nie wiadomo kim jest i skąd pochodzi. Nic o nim nie wiadomo.
Zamyśliłam się. Gdy salowa już wychodziła zadałam jej jeszcze pytanie dotyczące plecaka, czy ktoś go przeszukiwał. Powiedziała, ze tak, ale nic nie znaleziono.
Zostałam z nim. Sama. Tylko ja i on. Był naprawdę przystojny. Za wszelką cenę chciałam się dowiedzieć kim jest. Przeszukując jego plecak znalazłam schowana kieszeń, a tam jakiś mały dyplom, na którym widniał napis: 'Nagroda dla Niall'a za wysokie wyniki w sporcie'. Niall, Niall, Niall... Dziwne imię, takie nietutejsze.
Od tego dnia, przychodziłam do Nialla codziennie. Nikt o tym nie wiedział, nawet Lou, chociaż dotychczas nie miałam przed nim żadnych tajemnic. Wiedziałam, że gdy z nim rozmawiam, on mnie słyszy. Wiedziałam, że rozumie. Nawet jego wyniki badań były o niebo lepsze. Tak jakbym pomagała mu przezwyciężyć zmęczenie.
Kilka dni później przyszedł do mnie brat i powiedział, ze za około dwa tygodnie wyjdę ze szpitala. Wiem, powinnam się cieszyć, ale miałam mieszane uczucia. Wolałam być tam, w szpitalu. Ludzie byli dla mnie tacy mili, codziennie widywałam się z Louisem, no i jeszcze Niall... Przywiązałam się do niego pomimo tego, ze nie znałam jego nazwiska, ani nigdy nie usłyszałam jego głosu. Nie wyobrażałam sobie, że mam stamtąd iść i już nie wrócić.Ale przecież nie mogłam leżeć w szpitalu wiecznie, zwłaszcza, ze szybko wróciłam do formy.
Pozostawało tylko pytanie kto mi to zrobił, przez kogo tak naprawdę trafiłam do szpitala. Mój ojciec studiował medycynę, więc dokładnie wiedział gdzie uderzyć, abym straciła pamięć. Niestety nie udało mu się to. Pamiętałam całą sytuację, może trochę jakby przez mgłę, ale pamiętałam. Bałam się wrócić do domu... Bałam się tych jego napadów furii... Nie chciałam tego przeżywać od nowa.
O swoich obawach powiedziałam Louisowi. On zgrywał twardziela, ale wiedziałam, ze w środku bał się tak samo jak ja. Jednak on mocno mnie przytulił i powiedział słowa, które zapamiętałam na długo: ' Mayah, pamiętaj, tak jak ja cię kocham, kocha cię, kocha nas też mama. Wiesz, ze ona nas odnajdzie, przyjedzie i wyciągnie z tego bagna. Zakończy to piekło, pamiętaj...'
Uwierzyłam mu, nie bałam się. Wiedziałam, że nie ważne kiedy i jak, on zawsze mi pomoże, bez względu na wszystko.
Po dwóch tygodniach, przyszedł czas, w którym musiałam wyjść ze szpitala. Nie chciałam, ale musiałam. Najciężej było pożegnać mi się z Niallem. W ostatni dzień, poszłam do niego... Długo z nim rozmawiałam, nawet bardzo długo. Do torby wrzuciłam mu bransoletkę z połową serduszka. Na jego połowie było napisane Mayah, a na mojej Niall. Zostawiłam mu też liścik. Napisałam w nim, że przychodziłam, że go polubiłam i ze mam nadzieję, że się kiedyś odnajdziemy, a bransoletki przyniosą nam szczęście. Poprosiłam też, aby zawsze miał ową bransoletkę przy sobie, tak jak ja. Wychodząc pocałowałam go delikatnie w usta, a kilka moich łez spadło na jego policzek...
_________________________________________________________________________________
Okeeeej. To jest prolog :). Napisanie go zajęło mi wieele czasu, początki są trudne :D. Ale mam nadzieję, że zaciekawi Was i zachęci do dalszego czytania. Proszę o komentarze, to motywuje do dalszej pracy, bo przecież nie pisze tego dla siebie, tylko dla Was :).
Miłego czytania: https://twitter.com/blahblahblah69x :*
Postanowiłam coś z tym zrobić. Odsunęłam zasłony, przetarłam ściereczką półki, posprzątałam. Dziwiło mnie jednak to, ze pomimo, ze narobiłam spory hałas, on się nie obudził. Oparłam się o ścianę i obserwowałam go nadal. Widziałam, ze oddycha, ale nic poza tym. Zorientowałam się, że nawet nie wiem jak ma na imię. Jedyne co znalazłam to jakiś plecak leżący pod jego łóżkiem. Gdy już miałam zajrzeć do środka, do sali weszła pielęgniarka. Myślałam, ze dostanie mi się za to, że tam weszłam, ale ona spokojnie podeszła do nieznajomego, poprzypinała jakieś rurki, niektóre odpięła. Zachowywała się, jakby mnie nie zauważyła. Postanowiłam się dowiedzieć nieco o tym chłopaku. Zapytałam kto to jest, jak się tu znalazł, ile ma lat, ale odpowiedź dostałam na jedynie jedno pytanie. Pielęgniarko powiedziała, że próbował popełnić samobójstwo. Przeciął żyły. Z trudem go uratowano, ale już od ośmiu miesięcy jest w śpiączce. Zasmuciło mnie to, ze siostra powiedziała, że nie wiadomo czy się wybudzi, ale w sumie, jeżeli ja się wybudziłam to on też. Zapytałam także o salę, dlaczego tu jest tak ciemno i ponuro. Odpowiedzi się nie spodziewałam. Okazało się, ze nikt nigdy go nie odwiedził, nie wiadomo kim jest i skąd pochodzi. Nic o nim nie wiadomo.
Zamyśliłam się. Gdy salowa już wychodziła zadałam jej jeszcze pytanie dotyczące plecaka, czy ktoś go przeszukiwał. Powiedziała, ze tak, ale nic nie znaleziono.
Zostałam z nim. Sama. Tylko ja i on. Był naprawdę przystojny. Za wszelką cenę chciałam się dowiedzieć kim jest. Przeszukując jego plecak znalazłam schowana kieszeń, a tam jakiś mały dyplom, na którym widniał napis: 'Nagroda dla Niall'a za wysokie wyniki w sporcie'. Niall, Niall, Niall... Dziwne imię, takie nietutejsze.
Od tego dnia, przychodziłam do Nialla codziennie. Nikt o tym nie wiedział, nawet Lou, chociaż dotychczas nie miałam przed nim żadnych tajemnic. Wiedziałam, że gdy z nim rozmawiam, on mnie słyszy. Wiedziałam, że rozumie. Nawet jego wyniki badań były o niebo lepsze. Tak jakbym pomagała mu przezwyciężyć zmęczenie.
Kilka dni później przyszedł do mnie brat i powiedział, ze za około dwa tygodnie wyjdę ze szpitala. Wiem, powinnam się cieszyć, ale miałam mieszane uczucia. Wolałam być tam, w szpitalu. Ludzie byli dla mnie tacy mili, codziennie widywałam się z Louisem, no i jeszcze Niall... Przywiązałam się do niego pomimo tego, ze nie znałam jego nazwiska, ani nigdy nie usłyszałam jego głosu. Nie wyobrażałam sobie, że mam stamtąd iść i już nie wrócić.Ale przecież nie mogłam leżeć w szpitalu wiecznie, zwłaszcza, ze szybko wróciłam do formy.
Pozostawało tylko pytanie kto mi to zrobił, przez kogo tak naprawdę trafiłam do szpitala. Mój ojciec studiował medycynę, więc dokładnie wiedział gdzie uderzyć, abym straciła pamięć. Niestety nie udało mu się to. Pamiętałam całą sytuację, może trochę jakby przez mgłę, ale pamiętałam. Bałam się wrócić do domu... Bałam się tych jego napadów furii... Nie chciałam tego przeżywać od nowa.
O swoich obawach powiedziałam Louisowi. On zgrywał twardziela, ale wiedziałam, ze w środku bał się tak samo jak ja. Jednak on mocno mnie przytulił i powiedział słowa, które zapamiętałam na długo: ' Mayah, pamiętaj, tak jak ja cię kocham, kocha cię, kocha nas też mama. Wiesz, ze ona nas odnajdzie, przyjedzie i wyciągnie z tego bagna. Zakończy to piekło, pamiętaj...'
Uwierzyłam mu, nie bałam się. Wiedziałam, że nie ważne kiedy i jak, on zawsze mi pomoże, bez względu na wszystko.
Po dwóch tygodniach, przyszedł czas, w którym musiałam wyjść ze szpitala. Nie chciałam, ale musiałam. Najciężej było pożegnać mi się z Niallem. W ostatni dzień, poszłam do niego... Długo z nim rozmawiałam, nawet bardzo długo. Do torby wrzuciłam mu bransoletkę z połową serduszka. Na jego połowie było napisane Mayah, a na mojej Niall. Zostawiłam mu też liścik. Napisałam w nim, że przychodziłam, że go polubiłam i ze mam nadzieję, że się kiedyś odnajdziemy, a bransoletki przyniosą nam szczęście. Poprosiłam też, aby zawsze miał ową bransoletkę przy sobie, tak jak ja. Wychodząc pocałowałam go delikatnie w usta, a kilka moich łez spadło na jego policzek...
_________________________________________________________________________________
Okeeeej. To jest prolog :). Napisanie go zajęło mi wieele czasu, początki są trudne :D. Ale mam nadzieję, że zaciekawi Was i zachęci do dalszego czytania. Proszę o komentarze, to motywuje do dalszej pracy, bo przecież nie pisze tego dla siebie, tylko dla Was :).
Miłego czytania: https://twitter.com/blahblahblah69x :*
Pisz dalej, świetne jest ! Tylko zmień kolor liter na czarny bo trochę słabo widać, a tak to jest świetny. Tak jakbym tam była! Prawie się poplakalam *.*
OdpowiedzUsuńEj to jest świetne czekam na next'a <3 @AskTheSmile
OdpowiedzUsuńświetne *_*
OdpowiedzUsuń