sobota, 13 lipca 2013

*RODZIAŁ 7*


   Mayah

   - Ale o co ci chodzi May?
- Ja pierdolę, Harry, ale ty wolno myślisz. Ludzie z imprezy najprawdopodobniej zeznali przeciwko tobie i jesteś teraz głównym podejrzanym. A żeby było zabawnie, policja jest już tutaj i drugi raz przesłuchuję tą panienkę, z którą mnie przywieziono. Więc dobrze ci radzę, bierz dupę w troki i wiej stąd, chyba, że lubisz być wyprowadzany z miejsc publicznych w kajdankach- największy nacisk postawiłam na ostatnie słowa, żeby zrozumiał powagę sytuacji. 
Błądziłam wzrokiem po nieruchomo stojących chłopakach. Próbowałam wyczytać  coś z ich twarzy, strach, zmieszanie, niepewność, cokolwiek. Niestety bez skutku.
Nikt z nas się nie odezwał. Nie wiedzieliśmy jakich słów użyć w takiej sytuacji. Ludzie siedzący przy pozostałych stolikach, gapili się na nas na nas, jak na idiotów, ale mało mnie to obchodziło. W tamtym momencie liczył się tylko Harry i jego bezpieczeństwo. 
Nagle Louis podszedł krok do przodu, tak, że zrównał się ze Stylesem. W pewnej chwili wydawało mi się, że złapał go za rękę. To trwało dosłownie sekundę, może nawet mniej. Boże, May, masz zwidy...
- Dobra, Harry, nie stój tak, musimy coś zrobić- ciszę przerwał Liam. On był najbardziej ogarnięty z nas wszystkich. 
- Ale co mam zrobić? Widzisz jakieś wyjście z tej chorej sytuacji? W takim razie oświeć mnie, bo ja nie bardzo.
- Proponuję wiać- rzucił sarkastycznie Li- chyba nawet wiem gdzie. Ale jeżeli mam ci pomagać, muszę wiedzieć. To nie ty zamordowałeś te dziewczyny, prawda?
- Liam!- Do rozmowy włączył się dotychczas jakby nieobecny Louis. Stanął w obronie Harrego, naskakując na Payne'a, co szczerze mnie zdziwiło.
- Nie, jest ok Lou, ona ma prawo wiedzieć. Liam- odwrócił się w jego stronę- możesz mi wierzyć, albo nie, ale to nie ja. Nie potrafiłbym...
- Stary, wierze ci- posłał mu jeden z tych cudownych uśmiechów, w których zdążyłam się zakochać.
   Chętnie patrzyłabym na tą sielankę do końca życia, ale mieliśmy mały problem. Policja.
- Dobra chłopcy, nie chcę was poganiać, bo serio, ta scena jest genialna, ale nie mam zamiaru odwiedzać Harrego za kratami. 
- Ok, May ma rację- wtrącił się Liam- mam pewien pomysł odnośnie miejsca, gdzie możemy go ukryć.- kiwnął głową, wskazując na loczka.- Moi dziadkowie mają mały domek letniskowy jakieś dwa kilometry stąd. To takie pole campingowe. Myślę, że na razie nie będą tam szukać, bo mało kto odwiedza ten plac. 
Wszyscy twierdząco pokiwaliśmy głowami, na znak, że zgadzamy się na ten plan. Rozdzieliliśmy się, bo chłopcy uparli się, że ktoś musi ze mną zostać. Tak więc Liam i Harry pobiegli do domku, a ja z Louisem pozostaliśmy w szpitalu. 
   Lou siedział przy stoliku, popijając wcześniej zamówioną kawę i gapiąc się gdzieś w przestrzeń. Wyglądał na zamyślonego i nieobecnego. Przy innych mógł udawać, że wszystko ok, ale ja za dobrze go znałam. Wystarczyło jedno spojrzenie w oczy, to wyjaśniało w jakim stanie się znajduje. Tym razem podziałało, tak jak wcześniej. Był smutny, przygnębiony, nie dawał sobie rady. 
Nie mogłam patrzeć w te jego pokryte łzami oczy. To jest Louis, on nigdy nie jest bezsilny, on nigdy nie płacze! Wyglądał jak dziecko, któremu trzeba pomóc, z którym trzeba porozmawiać. I to właśnie miałam zamiar zrobić. 
   No dalej May, to ten sam Lou. To twój brat. On cie potrzebuje. Musisz mu pomóc. 
Powoli podeszłam do stolika i usiadłam na krześle obok chłopaka. Jego wzrok spoczął na mnie, a na twarzy zagościł słaby uśmiech, który chwilę później zniknął. 
- Louis, dobrze wiesz, że mi możesz wszystko powiedzieć, prawda? Ja zawsze cię wysłucham. Bardzo cię przepraszam, za to, że tak na ciebie nawrzeszczałam. Wcale tak nie myślę i ty doskonale zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? Nie, nie jestem na ciebie zła, jeżeli o to ci chodzi. Po prostu wiem, oboje wiemy jaki jesteś. Stajesz w mojej obronie, choć nie jest to potrzebne. Ale to właśnie sprawia, że tak cię kocham i tak ci ufam.
Odpowiedziała mi cisza. Ta cholerna cisza, która nie powinna pojawiać się w takich momentach. Wystarczyłby mi jakikolwiek znak, kiwnięcie głową, chrząknięcie, cokolwiek w zamian za to milczenie.
- Ok Lou, rozumiem, potrzebujesz czasu. Nie będę naciskać. Ja idę do sali, bo mama myśli, że jestem w łazience i jeżeli nie wrócę w przeciągu dziesięciu minut, postawi na nogi cały szpital.- oboje cicho zachichotaliśmy, bo dobrze wiedzieliśmy, że taka sytuacja może się wydarzyć.- To jak? Idziesz ze mną? 
Wyciągnęłam ręce, zachęcając go do pójścia. Chłopak twierdząco pokiwał głową i skorzystał z mojej pomocy. Gdy już miałam wychodzić, Louis przyciągnął mnie do siebie, zamykając w uścisku, który od razu odwzajemniłam.
- May, przepraszam. Bardzo chciałbym ci to powiedzieć, ale sam do końca nie wiem co się dzieje. Proszę, daj mi trochę czasu, muszę to wszystko poukładać.- poczułam ciepłe krople, skapujące na moje ramię.
- Hej, Louis, jest ok. Mówiłam, że to może poczekać, słyszysz? Tylko błagam cię, nie płacz. Nie możemy sobie teraz pozwolić na płacz. Musimy pomóc Harremu. 
   Powolnym krokiem wyszliśmy z kawiarni. Tak jak się spodziewałam, po wejściu do sali zostałam zasypana masą pytań typu: 'Gdzie byłaś? Dlaczego tak długo? Nic ci nie jest? Chcesz żebym dostała zawału?"
- Jest ok mamo, trochę zagadałam się z chłopakami, to wszystko. Nie martw się tak o mnie, przecież jestem w szpitalu. Korytarze są pełne, gdyby coś się stało, na pewno ktoś by zauważył.- uspokajałam mamę przykrywając się kołdrą. 
- A właśnie, gdzie zgubiłaś resztę?- kiwnęła kłową w stronę siedzącego na kanapie Louisa, dając do zrozumienia, że chodzi jej o Harrego i Liama. 
- Emm, oni--
- Oni musieli coś załatwić u Harrego. To znaczy Harry musiał zrobić coś w domu, a po Liama zadzwonił tata więc poszli razem.- przerwał mi Lou, za co byłam mu niezmiernie wdzięczna, bo wymyślił całkiem dobrą wymówkę. Ja zapewne palnęłabym jakąś głupotę typu 'poszli do łazienki'.
- Oh, mogli mi powiedzieć, podrzuciłabym ich. May, muszę już wracać do domu. Rano mam kilka spotkań, więc wcześnie wstaję. Wpadnę około dwunastej, bo nie mam nic do zrobienia w biurze. Odpocznij i prześpij się kochanie. Słyszałaś lekarza, masz się oszczędzać.- otuliła mnie kołdrą i pocałowała w czoło.- Louis, opiekuj się nią, dobrze? Ufam ci. Załatwiłam u lekarza, że możesz spać w sali May.
Mama pomachała nam jeszcze przez szybę na pożegnanie i zniknęła z pola widzenia. 
   
   Liam


   Harry biegł jak zawodowy sprinter. Zwinnie omijał wszystkie przeszkody, nie tracąc prędkości. Nigdy nie widziałem, żeby normalny człowiek utrzymywał takie tempo. Zauważyłem dziurę w płocie jednej z posesji. Przebiegliśmy jak najszybciej przez ogródek, żeby nie zostać złapanym. Ta gonitwa zaczynała mnie poważnie męczyć, zwłaszcza, ze nigdy nie byłem dobry z wf. 

- Jezus Maria, Liam!- Harry zaczął panikować, gdy po odwróceniu się, zobaczył mnie leżącego na ziemi. 
- Nie drzyj się, tylko pomóż mi wstać!- na marne próbowałem się podnieść z zakurzonego chodnika. 
- Ale wszystko ok?
- Tak, jest dobrze, tylko ja mam jedną nerkę i często podczas biegu łapią mnie skurcze, jak ten.
- Przecież mogłeś mi powiedzieć! Poszedłbym sam!- zaczął krzyczeć, żywo gestykulując rękami.
- Pewnie, że mogłeś, z racji tego, ze masz GPS-a w głowie i dokładnie wiesz gdzie masz iść.- mruknąłem sarkastycznie, przewracając oczami.
   Dalszą drogę przebyliśmy w komfortowej ciszy ciszy, zwalniając tempo do szybkiego marszu. Wstąpiliśmy do domu dziadków, po klucze do domku. Na poczekaniu musiałem wymyślić jakieś dobre kłamstwo, tłumaczące co chcę zrobić w mieszkaniu. Powiedzenie, że chcę ukryć chłopaka, który jest posądzony o dwa morderstwa i trzy gwałty nie wchodzi w grę. Stary, dobre kłamstwo o ognisku. Powinno wystarczyć. Musi...

***

   - Otworzysz wreszcie tą pieprzoną bramę?!- Harry skakał z nogi na nogę, podczas gdy ja siłowałem się z zamkiem od krat. Dziadkowie dali mi cały pęk kluczy, z czego tylko jeden otwiera furtkę. Paradoksem było, że oni mają jedynie dom, piwnicę, bramę no i domek letniskowy, więc na dobrą sprawę potrzebują jedynie czterech kluczy. Po prostu świetnie...
- Dobra, chodź.- rzuciłem przez ramię, do stojącego za mną chłopaka, gdy po kilkuminutowym siłowaniem się z zamkiem udało mi się trafić na dobry klucz. 
   Powoli snuliśmy się pomiędzy najczęściej opuszczonymi już domkami. Większość z nich, była porośnięta bluszczem, lub innymi kłączami, zjedzona przez korniki, czy po prostu rozpadająca się 'ze starości'. Nasz cel można było łatwo wyróżnić spośród tego całego bałaganu. Chatka pomalowana żółtą farbą, z dużym, zadbanym ogrodem, czystymi oknami i szczelnym dachem z daleka rzucała się w oczy. Harry chyba sam zorientował się, że to właśnie tam idziemy. 
   Już po kilku minutach staliśmy na ganku. Tu z zamkiem poszło o wiele szybciej, gdyż do klucza został przyczepiony brelok z napisem 'domek letniskowy'. No błagam, nie można było tak od początku?
Zauważyłem, że Harry nadal stoi na zewnątrz, podczas, gdy ja jestem już w głębi domu. 
- Hej, wszystko ok?- zapytałem pstrykając mu kilkakrotnie palcami przed twarzą. 
Chłopak drgnął i zawiesił spojrzenie na mnie. To było dosyć niezręczne, zwłaszcza, że nie miałem pojęcia o co mu chodzi. Odchrząknąłem i odwróciłem wzrok. 
- Wchodzisz?- zapytałem przekraczając próg, jednak zatrzymałem się czując dłoń na ramieniu. Odwróciłem głowę i spojrzałem w jego zaszklone oczy. No nie, błagam, tylko nie płacz...
   Nie miałem pojęcia, co zrobić, więc po prostu mocno go do siebie przytuliłem. Pocieszająco pocierając jego plecy, zastanawiałem się, co dzieje się w głowie tego z reguły grzecznego i ułożonego chłopaka. 
Otóż, znałem Harrego ze szkoły. Oczywiście tylko z widzenia, ale i tak sprawiał dobre wrażenie. Zdarzało mu się uczestniczyć w pojedynczych bójkach, ale z tego co wiem, to nie on je zaczynał. Z resztą, nie znam chłopaka, który nigdy by się nie bił, to normalna kolej rzeczy. 
Ale i tak, nie mogłem sobie wyobrazić, ja musi się teraz czuć. Jego życie obróciło się o 360 stopni. Z grzecznego, ułożonego i miłego chłopaka, z bogatszej dzielnicy, stał się uciekinierem, niby-mordercą. Ale to nie równa się z tym, czemu, a raczej komu, musiał stawić czoła. Louis.
- Wszystko będzie dobrze, słyszysz? Damy sobie z tym radę. Wiem, ze jest ciężko, ale masz nas. Pomożemy ci się z tego wyplątać. Ale musisz być silny, zaszczepiać w nas tą siłę. Sam musisz wzbudzić w sobie determinację. Jeżeli ty się poddasz, my nie będziemy mieli sposobu na podniesienie cię. To jest twój czas, twoja walka. My, to jedynie pionki, uczestniczące w grze.- próbowałem pocieszyć nadal łkającego loczka.- musisz być silny. Dla swojej rodziny, dla May, dla mnie. Dla Louisa...
Szepcząc ostatnie zdanie, poczułem jak ciało Harrego sztywnieje.Cholera, przecież, on nie wie, że rozmawiałem z Lou. Się wkopałeś Payne, brawo.
- Harry, ja już wiem. 
Chłopak podniósł na mnie swoje opuchnięte od płaczu oczy. Dezorientacja wymieszana ze strachem malowała się na całej jego twarzy. Teraz trzeba mu wszystko wyjaśnić. 
- Wejdziemy i porozmawiamy na spokojnie?- spytałem odciągając od siebie Harrego, tak aby móc go obserwować. 
W odpowiedzi otrzymałem kiwnięcie głową, więc przekroczyliśmy próg, zakluczając za sobą drzwi. Przezorny zawsze ubezpieczony. 
   Domek nie był duży. Kuchnia, połączona z salonem, który zajmował większość parteru. Na tym samym piętrze mieścił się jeszcze pokój gościnny, w którym znajdowały się regały z masą książek i zejście do piwnicy. Po wejściu na poddasze, zwiedziliśmy dużą, przestronną łazienkę, przytulny pokój z komputerem stacjonarnym i sypialna. 
   Obaj opadliśmy na ogromne łóżko ze śnieżnobiałą pościelą. Trwaliśmy w ciszy, pogrążeni we własnych myślach. Moje krążyły nad tym co powiedział mi Louis. To było dosyć...Pokręcone? Przecież chłopak, który kilka dni temu normalnie tańczył z dziewczynami, podrywał je, dzisiaj mówi mi że zakochał się w Harrym. Tego nie dało się logicznie wytłumaczyć. 
- Mayah wie? - chłopak wyrwał mnie z zamyśleń, mrucząc pytanie pod nosem, jednak nie odwracając wzroku na mnie. 
- Nie. To znaczy nie wydaje mi się. Lou mówił mi, gdy byliśmy sami, w kawiarni. Przy mnie nie powiedział. Chyba, że jak poszliśmy, ale wątpię. Bał się, musi się przygotować.
- Harreh?
- Mhm...- mruknął pogrążony w swoich myślach. 
- Co z twoimi rodzicami?
Ciało chłopaka zesztywniało, jakby bał się tego pytania. A może odpowiedzi? 
- Co z nimi?- odpowiedział pytaniem na pytanie, gapiąc się w sufit.
- Chodzi mi o to, czy wiedzą gdzie jesteś, co się z tobą dzieje?
- Nie, nie wiedzą i dobrze.
   Nie chciiał rozmawiać na temat rodziny, więc sam go nie ciągnąłem. Może Louis coś wie.
   Zapadła komfortowa cisza. Wszystko dookoła zwalniało. Jakby zaraz miało się zatrzymać. Teraz istniały tylko moje myśli, w których toczyła się nieustanna wojna. Można ją zobrazować jako wojnę między dobrem a złem. Powinienem mu pomagać? Jest niewinny? Nie mogłem na niczym się skupić. Zmęczenie dało się we znaki. Próbowałem z nim walczyć, jednak nieskutecznie. Po kilku minutach zasnąłem. 

   Harry

   Słyszalny oddech Liama powoli się stabilizował, więc wywnioskowałem, że spał. Sam byłem niesamowicie zmęczony, ale moje myśli nie pozwalały mi na odpoczynek. Dlaczego akurat mi musiało się to wszystko zdarzyć? 
Przed oczami przewijało mi się całe dotychczasowe życie. Rodzice, szkoła, nauka śpiewu, gry na gitarze, Emma, mój chłopak Beck...
   Beck był moją pierwszą prawdziwą miłością. Gdy byliśmy razem miałem zaledwie szesnaście lat. To niesamowite szczęście, którym mnie obdarowywał, nie równało się z niczym innym. Jedyne co mnie martwiło, to to, że nikomu nie chciał o nas powiedzieć. Jednak wiedziałem, że nie możemy sobie na to pozwolić. Jego rodzice byli lekarzami- z pewnością nie chcieliby mieć syna-geja. Wszystko było dobrze aż do pewnego, wtorkowego popołudnia. 
   Jak zwykle wróciłem ze szkoły do domu. Rodzice i Gemma wyjechali na tydzień w góry więc pomieszkiwał u mnie Beck. Gdy przekroczyłem próg, zdziwiła mnie ogłuszająca cisza. Beck pewnie wyszedł do sklepu.
Wszedłem do kuchni aby odgrzać sobie obiad, jednak zatrzymałem się, gdy moją uwagę przykuła leżąca na stoliku koperta z widniejącym na niej napisem 'Harry x'.
Bez jakiegokolwiek zastanowienia rozerwałem pakunek i zacząłem wodzić nieprzytomnym wzrokiem po zapisanej charakterystycznym pismem Becka kartce. 
Harry, 
Zanim cokolwiek napiszę, musisz wiedzieć, że bardzo Cię kocham. Kocham cię i nigdy nie przestanę. 
Zapewne zastanawiasz się dlaczego piszę do Ciebie list, przecież mamy telefony, prawda? Jednak nie byłbym w stanie powiedzieć Ci tego wprost. List to lepsze wyjście. 
Wyprowadzam się. Wyjeżdżam, przenoszę się do innej szkoły, innego miasta. Nie chcę ciągnąć tego dłużej. Nie chcę patrzeć jak cierpisz. Cierpisz, przez moje tchórzostwo. Jednak ja nie mogę, nie potrafię się przełamać i pokazać światu naszą miłość. Boję się. Boję się tego, że ludzie jej nie zaakceptują, że ją zniszczą. Nie chcę tego. 
Proszę Cie, nie staraj się ze mną kontaktować, dobrze? Tak będzie łatwiej dla nas obojga. 
Możesz mi coś obiecać? 
Znajdź kogoś, kto będzie Ciebie wart. Kto będzie Ci mówił, jaki jesteś cudowny, kto pokocha twoje wady, tak zrobiłem to ja. Jesteś niesamowity i zasługujesz na taką samą miłość. 

Na zawsze Twój,     

Beck xx      

   Tak to wszystko się skończyło. A może tak właśnie się zaczęło? 
Początkowo nie dawałem sobie z tym rady. Nie jadłem, nie wychodziłem z pokoju, opuszczałem szkołę. Zacząłem się samookaleczać. Codziennie niezliczoną ilość razy, w kółko czytałem ten felerny list. Pewnego dnia coś zaskoczyło. 'Możesz mi coś obiecać?  Znajdź kogoś, kto będzie Ciebie wart.' To zdanie na stałe wryło mi się w pamięć. Męczyło mnie, cokolwiek bym nie zrobił. Beck właśnie tego chciał, mojego szczęścia.
Postanowiłem się za siebie wziąć. Zacząłem chodzić do szkoły, poprawiłem oceny, kontakty z rodzicami, wychodziłem na imprezy. Na jednej z nich poznałem Emmę. Była bardzo atrakcyjną dziewczyną, wyróżniała się z tłumu. Była skromniejsza od reszty nastolatek. I to mnie własnie urzekło. Jeżeli mam zmienić swoje życie, to czemu nie spróbować z dziewczyną?
   Byliśmy ze sobą ponad rok. Jednak jej obecność, nie dawała mi tyle szczęścia. Była dla mnie raczej jak 'bliska przyjaciółka' a nie dziewczyna. Pewnego dnia, do teraz nie wiem jak, znalazła moje wiadomości do Becka. Nie chciałam jej okłamywać. Wyjaśniłem wszystko od początku. Zostawiła mnie. 
Szczerze mówiąc, nie dziwię się jej. Chyba każda dziewczyna zareagowałaby podobnie, gdyby dowiedziała się, że jej chłopak jest gejem. Odbijając się od dna, znów na nie opadłem. Wtedy właśnie poznałem Lou. I jak już wszystko zaczęło się układać, to co? To się zjebało za przeproszeniem. I tak będzie zawsze. Nie wiem, dlaczego nie mogę być szczęśliwy. Nie wiem czy komuś coś zrobiłem, ale naprawdę, chciałbym to naprawić. Chciałbym chociaż raz powiedzieć, że jestem zadowolony ze swojego życia. Bo jak na razie, to Bóg robi sobie ze mnie jaja, najwidoczniej. 
   Liam nadal się nie budził, a ja chciałem mu dać odrobinę odpocząć, więc po cichu zszedłem na dół. Postanowiłem się rozejrzeć. Miałem spory zapas jedzenia, czyli trochę mogę sobie tu pomieszkać. Taki mam plan.
Tak bardzo chciałbym wrócić do tego momentu na dachu. Było perfekcyjnie. Głupie siedzenie na ławce, prawda? Nie dla mnie. W towarzystwie Louisa czułem się idealnie. Wszystko się zepsuło. 
Szczerze? Gdyby nie Lou, poddałbym się na starcie. Nie miałbym o co walczyć. A teraz? Muszę walczyć. Muszę wygrać, dla niego. 
   Usłyszałem, jak ktoś schodził po schodach. Liam się obudził.
- Emm... Harry?- zapytał podchodząc do kanapy.- Powinniśmy się zastanowić, no wiesz... Kto to zrobił.
- Liam, nie mam pojęcia. Nie mam wrogów, ok. Ale nikogo z nich nie posądziłbym o morderstwo. Nikogo takiego nie znam. 
- Spróbuj sobie kogoś przypomnieć, może zrobiłeś coś komuś dawno, temu?
- Jeżeli mówię, że nie, to oznacza, że nie, dobra?- te ciągłe pytania zaczynały mnie już męczyć. Nie chciałem być dla niego niemiły, ale to dla mnie za dużo.
Włączyłem telewizję, mając nadzieję, że choć na chwilę oderwę się od tych wszystkich problemów. Kanał muzyczny. Tego mi było trzeba. 
   Nieświadomy tego co robię, zacząłem cicho podśpiewywać Adele- Hometown Glory. Mruczenie stopniowo zamieniało się w głośny śpiew. 
- Masz nieziemski głos.- Liam stał oparty o drzwi do salonu, trzymając dwa kubki z herbatą. O cholera...
- Nieprawda.
- Prawda prawda. Pięknie śpiewasz.- zaśmiał się kładąc przede mną gorący napój. Wymamrotałem ciche dziękuję i dalej oglądałem w ciszy. 
- Ja też śpiewałem, jeszcze przed śmiercią mamy...- nastała dziwna cisza. Ja nie śpiewam, bo przypomina mi to o Becku. Nie wiedziałem, że Liam ma podobny problem. 
- Przykro mi...- nie wiedziałem jak się zachować. Nie straciłem nikogo z rodziny. Nie poradziłbym sobie wtedy, są dla mnie wszystkim. 
- Jest ok. Powoli wracam do śpiewu, bo za bardzo za tym tęsknię. Bardzo lubiłem śpiewać z mamą i może to dziecinne, gdy śpiewam, wydaje mi się, że jest gdzieś blisko.
   Zamurowało mnie. Żaden chłopak w naszym wieku nie zwierzał mi się z takich uczuć, ale to było... Miłe? Czułem, że jestem komuś potrzebny, że komuś na mnie zależy. Z rozmyśleń wyrwało mnie cichy głos. Liam śpiewał Nickleback- far away. Miał naprawdę niesamowity, głęboki wokal. Postanowiłem się dołączyć, bo przecież i tak już słyszał jak wyję. Nawet się nie zorientowałem jak darliśmy się na cały do i tańczyliśmy. Było świetnie. Li oderwał mnie od świata, w którym miałem same problemy. Znowu bawiłem się jak piętnastolatek, biegający z przyjaciółmi. Po tylu latach znalazłem go, znalazłem przyjaciela. 
***
- Ty zmywasz!- usłyszałem głos Liama, dobiegający z salonu. Po tych wszystkich wygłupach, postanowiliśmy zjeść kolację, ale ja, Li i kuchnia? Nie skomentuję tego. Postawiliśmy na gotową pizzę. 
- Dobra, ale jakby coś, to nie płacę, za potłuczoną zastawę. A myślę, że twoim dziadkom nie spodoba się brak talerzy.- zaśmiałem się, zanosząc naczynia do zlewu. Po chwili, zobaczyłem chłopaka stojącego przy moim boku. Punkt, dla ciebie, Harry. Pięknie to rozegrałeś. 
- To może ja pozmywam, a ty powycierasz?- zapytał podwijając rękawy koszuli. W odpowiedzi wyszczerzyłem się jak pięciolatek dostający lizaka. Usłyszałem chichot Liama i dźwięk odkręcanej wody, więc zabrałem się za szukanie ścierek. 
- Emm, stary--
- Górna szafka po lewej.- odpowiedział na moje niezadane pytanie, nawet na mnie nie spoglądając. 
   Czas upływał nam w ciszy, każdy był skupiony na swoim zadaniu. Przez moją głowę przewijały się miliony myśli i pytań, na które sam nie znałem odpowiedzi. Na które muszę znaleźć odpowiedź. 
- Liam?- zacząłem gładząc, po dawno już suchej powierzchni talerza ścierką.- Dziękuję.
- Dziękowałeś mi już chyba dziesięć razy, a ja za każdym razem odpowiadam ci to samo- parsknął śmiechem, wycierając ręce w spodnie. 
- Ale nie za to. Dziękuję, za ten dzień. Za to, że mi pomogłeś, pomimo wątpliwości. Za to, że tak dużo dla mnie ryzykujesz. I za to wspólne śpiewanie. Dużo mi to dało, odpocząłem od tego wszystkiego.- cicho mamrotałem, bawiąc się obrąbkiem bluzki. Bałem się jego reakcji. Może powie, że jestem miękki? Że nie dam sobie rady? Że pomaga mi tylko ze względu na Mayah? Nagle poczułem czyjeś ramiona zacieśniające się wokół mojej talii. Trwaliśmy w uścisku przez długi czas. Nic nie musieliśmy mówić, bo doskonale się rozumieliśmy.
- Stary, jesteśmy w tym razem. Jeżeli ty się poddasz, my polecimy jak domino, słyszysz? Razem przez to przejdziemy, bo razem jesteśmy silni. 
- Dobra, już koniec, bo się rozkleję- zaśmiałem się, odrywając od przyjaciela. 
- Harry, nie żebym chciał cię zostawiać, ale powinienem się już zbierać. Robi się ciemno, mam stąd spory kawałek drogi, a chciałbym jeszcze odwiedzić Mayah. Louis pewnie tam umiera z nerwów. No i jeszcze mój tata o niczym nie wie. Nie mam pojęcia, co mu powiem, po prawdy przecież raczej nie.- ciągnął zakładając trampki i skórzaną kurtkę.
- A dałbyś mi chociaż twój numer? Bo tak na dobrą sprawę nie mam z nikim z was możliwości kontaktu.- wymieniliśmy się telefonami.
Nagle coś sobie przypomniałem. Cholera jasna, rodzice. Wybiegłem przed dom, gdzie właśnie szedł Liam.
- Stary, mam jeszcze jedną prośbę.- chłopak kiwnął głową, dając do zrozumienia, że słucha.- No więc mógłbyś iść do moich rodziców i powiedzieć, że będę nocował u ciebie? Wymyśl, że masz remont i ci pomagam, czy coś. Zadzwonię do nich, ale wątpię, żeby mi uwierzyli, więc ty musisz zadziałać.
- Dobra, spróbuję. Daj mi tylko twój adres.- podał mi komórkę, do której wpisałem potrzebne dane i żegnając się wróciłem do środka. Przedstawienie czas zacząć...

   Mayah

   - Do cholery jasnej. Nie ma go siedem godzin. Siedem! Może raczyłby odebrać chociaż telefon. Ja tego nie rozumiem. Miał tylko zaprowadzić Harrego do tego głupiego domu. A nie ma go pół dnia. Louis, czy ty nie w ogóle słuchasz?!- zdawałam sobie sprawę, że Lou był zdenerwowany tak samo, a może i bardziej niż ja, a moje gadanie nic tu nie da, ale dosłownie nie mogłam się zamknąć.  
- May, błagam cię. Nie spałem dzisiaj nawet głupiej godziny, głowa mi zaraz eksploduje, a ty wcale mi nie pomagasz. Na dodatek, dobrze wiesz, że nie wolno ci się denerwować. Jestem pewien, że Liam musiał odpocząć i został chwilę z Hazzą. Zaraz przyjdzie, spokojnie.- mamrotał na wpół przytomny. Widziałam jak zmęczony był. Tego było po prostu za dużo. Nawet dla nas- rodzeństwa, które przeszło w życiu więcej niż niejeden dorosły. 
- Lou, ja się martwię. Nie wybaczę sobie, jeżeli coś im się stało, rozumiesz?- nawet nie wiem, kiedy po moich policzkach zaczęły spływać strugi łez. Wtuliłam się w brata, który położył się obok mnie i cicho szlochałam. Bałam się, że nie dam sobie z tym rady. Im szybciej to rozwiążemy, tym lepiej. Ale jak na razie nie zapowiadało się na szybkie zakończenie. To był dopiero początek. Czułam to. 


MAMY  SOBIE PONIEDZIAŁKOWĄ 7 :)
OD RAZU MÓWIĘ- MI OSOBIŚCIE ŚREDNIO PODOBA SIĘ TEN ROZDZIAŁ, ALE OCENĘ POZOSTAWIAM WAM :)
PRZEPRASZAM ZA TĄ CHOLERNIE DŁUGĄ NIEOBECNOŚĆ, MACIE POZWOLENIE NA ZABICIE MNIE. 
A TERAZ JUŻ TAK ZUPEŁNIE SERIO. WIECIE JAK TO NA WAKACJACH. WYJAZDY, SPOTKANIA ITD. 
MAM NADZIEJĘ, ŻE ROZDZIAŁ PODOBA SIĘ BARDZIEJ NIŻ MI ♥
A TERAZ PROŚBA. 
JEŻELI CZYTASZ, POSTAW W KOMENTARZU '.' WYSTARCZY MI TA KROPKA. PO PROSTU CHCĘ WIDZIEĆ ILE OSÓB CZYTA. LICZNIK ODWIEDZI MÓWI CO INNEGO, A LICZBA KOMENTARZY CO INNEGO.
KOCHAM WAS ♥ ~ Muuertoo


3 komentarze:

  1. Boże *______*
    Jesteś najlepsza! <3
    Uwielbiam to opowiadanie *-*
    Czekam na kolejny, weny ♥

    @OnlyAngelOfDark

    OdpowiedzUsuń